piątek, 5 czerwca 2015


Rozdział 6

   Najpierw poczuła własne ciepło. Delikatny prąd, który przebiegł po ciele uświadomił jej, że nie umarła, choć tak jej się zdawało. Później powrócił dotyk. Nerwy w jej skórze przeniosły wiadmość do mózgu, który z ociąganiem stwierdził, że Emi czuje pod sobą niezwykle delikatną tkaninę. Zmęczone mięśnie zareagowały na jej polecenie i dziewczyna z trudem otworzyła oczy.
  Na początku myślała, że to sen. Złudna iluzja, która za chwilę rozpłynie się w szarej rzeczywistości. Mimo uporczywych mrugnięć nic się nie zmieniło. Sen stał się jej rzeczywisością. 
  Zobaczyła biały balddachim. Zwiewny materiał falował poruszany ciepłymi podmuchami wiatru wydobywającymi się z szeroko otwartych, dużych okien zajmującyh całą ścianę. 
  Zaczęła wpatrywać się jak zahipnotyzowana w ten ruch, jakby tylko on trzymał ją przy świadomości. W jej głowie pojawiła się dziwna pustka, którą gorączkowo próbowała wypełnić. Wiedziała, że stało się coś bardzo ważnego, coś co musiała pamiętać. Zamknęła piekące oczy i próbowała się skupić, zaciskając pięści na materiale, który wcześnej poczuła. Zorientowała się, że leży w dużym łóżku, w zupełnie innym ubraniu. Miała na sobie krótką nocną koszulę koloru nieba. Przypomniała sobie, była z Natanielem nad morzem. Potem w czyimś mieszkaniu i ona, Emi, straciła przytomność. Nat chyba też, nie była pewna. Ale włąściwie co tam robili? 
  Wciągnęła ze świstem powietrze, gdy przypomniała sobie o Arturze. To jego mieli okraść, ale coś się stało. Nie udało im się. Czyżby on w cale nie wyjechał? Czy to on ich ogłuszył? I napis na kartce. ON wie, że skłamałaś. On, czyli Nataniel, tak myślała. Ale to wszystko nadal nie trzymało się kupy. Kim był tajemniczy mężczyzna, który tak ich nabrał? Emi zrozumiała paradoks tej sytuacji. Ktoś oczukał oszustów. 
   Zmusiła sflaczałe mięśnie, żeby się jej podporządkowały i podniosła się pozycji wpółsiedzącej. Omiotła pokój wzrokiem, z każdą sekundą coraz mniej wierząc w to co widzi. Znajdowala się w luksusowym apartamencie. Na przeciwko łóżka zobaczyła drzwi, zapewne od garderoby. W pokoju było jeszcze jedno wejście. Jeszcze dziwniejsze było to, że niedaleko nich stała kobieta, która właśnie chowała komórkę, którą pewnie jeszcze przed chwilą używała, do przedniej kieszeni jej fartuszka pokojówki. Spojrzała czarnymi jak węgiel oczami na dziewczynę i uśmiechnęła się ciepło. 
-Gdzie jestem? - Emilia usłyszała własny glos, nie zdając sobie sprawy, że wypowiada te słowa.
-Pan Artur niedługo wróci i wszystko ci wyjaśni - jej miękki i rozczulający głos podzałał jak balsam na skołatane serce Emi.
-Gdzie Nataniel? - nagle przypomniała sobie o swoim towarzyszu.
-Twój znajomy jest w drugim pokoju. Jeśli chcesz zaprowadze cię do niego.
-Niech on przyjdzie tutaj - powiedziała stanowczo, nie czuła się na siłach, żeby wstać z łóżka, a pozatym, choć kobieta wydawała się miła, nie zamierzała jej zaufać. 
-Oczywiście Emilio - kobieta odwróciła się, ale dzeiwczyna krzyknęła do niej:
-Skąd znasz moje imię?!
-Tutaj wszyscy je znamy. Jesteś w domu - wytłumaczyła cierpliwie kobieta i wyszła z pokoju zostawiając coraz bardziej zdezorientowaną Emili.
   Skuliła się, podciągając kolana pod brodę, myślała gorączkowo nad słowami pokojówki. To przecież niemożliwe. Mocniejszy podmuch wiatru potargał jej rozpuszczone włosy. Wstała z łóżka, a jej głowę przeszyła ogromna fala bólu. Na chwiejnych nogach, przytrzymując się ściany, krok za krokiem dotarła do okna. Zobaczyła krajobraz, który zaparł jej dech w piersi. Przed nią rozciągały się g ó r y. Nie umiała ocenić, czy nadal znajdują się w kraju, czy też nie. Z ciężkim natłokiem myśli usiadła na podłodze. Odetchnęła kilka razy, żeby się uspokoić, ale to nie pomagało. Łzy po prostu cisnęły się jej do oczu. Roztrzęsiona tysiącami emocji, sama nie wiedząc kiedy, zasnęła. 
   Obudził ją dźwięk otwieranych drzwi. Zerwała się na nogi, zawroty głowy powtórzyły się i przez chwilę widziała tylko rozmazane plamy wirującego pokoju. Gdy karuzela w końcu się zatrzymała, nie zobaczyła tego, któego się spodziewała.
   W otwartych drzwiach stał Artur, trzymający w jednej ręce płaszcz uśmiechnąjąc się kpiąco.
-Podoba mi się twoja nowa stylizacja - przemówił zjadliwym głosem.
  Emi wystarczyło jedno spojrzenie na swój strój, by wiedzieć o co mu chodzi. Jej koszula nocna, była prawie przeźroczysta, a na długość daleko jej było do kolan. Poczuła niesamowitą wściekłość, adrenalina krążąca w żyłach dodała jej odwagi. Emi podbiegła do Artura, wzięła duży zamach i otwartą prawą dłonią uderzyła go prosto w jego roześmianą mordę. Jego głowa odskoczyła do tyłu jak na sprężynie, pół ciała wygięło się w dziwny kąt. Emilia nie poczuła nawet wyrzutów sumienia, gdy mężczyzna potarł lewą dłonią usta i zobaczył tam krew. Zapewne przypadkowo przygryzł sobie wargi. Powoli podniósł się, a jego twarz nie wyrażała niczego. Nie było na niej złości, pogardy ani nawet zawiści. Śmiertelnie obojętny jeszcze bardziej przestraszył Emi. Wolałaby, gdyby krzyczał, a nie w absolutnej ciszy przyglądał się jej niewidzącym wzrokiem.
-Jeśli chcesz się dowiedzieć dlaczego tu jesteś, zapraszam na dół. Przebierz się i zejdź do nas - dziewczyna widziała jego zaczerwieniony policzek i krwawiącą wargę. Odwrócił się na pięcie zaciskając raz po raz pięści i zatrzaskując jej drzwi przed nosem.
   Zastanawiała się, czy jego propozycja nie jest kolejną pułapką. W końcu doszła do wniosku, że i tak jest w jego łasce. Ma nad nią przewagę i to nie małą, to on rozdaje karty, a żeby go pokonać, Emi musi znaleźć swoje asy, które, zapewne podczas snu, wypadły jej z rękawa. Z wahaniem podeszła do drugich drzwi i zobaczyła mały pokoik wypełniony wiszącymi na wieszakach, wyprasowanymi i pachnącymi ubraniami. Jej kobiecy pierwiastek oszalał widząc tyle rzeczy w jednym miejscu i tylko dla niej. Powstrzymując się, żeby nie zacząć przymierzać wszystkiego po kolei, wybrała pierwsze z brzegu spodnie i krótki T-shirt. Założyła tenisówki i związała włosy. Zaskakujące i przerażające było to, że wszystkie ubrania i buty były w jej rozmarze. Przypomniała sobie słowa pokojówki Jesteś w domu. To nie było dla niej noramlne, mniej więcej dlatego, że prawidziwego domu nigdy nie miała. Przepełniona niepewnością wymieszaną z paniką wyszła na zewnątrz. Zobaczyła tam tę samą kobietę, która była przy niej przy przebudzeniu.
-Chodź ze mną, kochanie - na te słowa Emilii nogi wrosły w ziemię, jeszcze nigdy nikt tak się do niej nie zwracał.
- No chodź, bo pan się zniecierpliwi - ponagliła ją pokojówka delikatnie dotykając jej ramienia. Emi wzdrygnęła się na ten dotyk, który był wręcz nieznośnie delikatny i czuły. Tak jakby w rzeczywistości wróciła do domu. W milczeniu ruszyła za kobietą, najpier pokonując długi i wysoki korytarz ozdobiony masą zabytkowych obrazów i rzeźb. Zupełnie jak w muzeum.
-Kim jest pan? - spytała Emi, gdy schodziły po marmurowych schodach, widocznie dotychczas były na piętrze.
-Jak to? Przecież się znacie. Był u ciebie - wzrok kobiety wyraźnie wskazywał, że dziewczyna powiedziała coś nie na miejscu.
   Emi wolała nie odpowiedzieć. Cisza była bezpieczniejsza, słowa w tym domu były niczym zapalniczka podpalająca ląd, a Emilia dobrze wiedziała, że ten jest akurat wyjątkowo krótki.
   Pokojówka zaprowadziła ją do małego, ciasnego pomieszczenia, sama zostając na zewnątrz, a to w cale nie sprawiło, że dziewczyna poczuła się lepiej. Gdy za Emi zatrzasnęły się drzwi, poczuła jak jej odsłonięte ręce oplata chłód. W pokoju nie było nic poza dwoma krzesłami i stołem, za którym stał niewzruszony Artur, zakładając ręce za plecy. Na jednym z krzesełek siedział nisko pochylony nad blatem Nat. Emili podbiegła do niego szczęśliwa, że w tym obcym i zimnym miesjcu, jest ktoś rzeczywisty i dobrze znany.
-Siadaj! - syknął Artur, a Nat podniósł głowę. Emili wciągnęła ze świstem powietrze, gdy zobaczyła jego czerwone, podpuchnięte oczy. Mimo swojego strasznego wyglądu, próbował się uśmiechnąć i właśnie ten uśmiech podniósł Emilię na duchu. Usiadła obok niego obdarzając Artura najbardziej zawistnym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Cała scena wydawała jej się dziwnie znajoma, skojarzyła ją z przesłuchiwaniami na policji. Przypomniała sobie trick z dobrym i złym policjantem i zastanawiała sie jakim okaże się być Artur. Ale nie dała mu zacząć się nad nimi pastwić.
- Czemu nas tu więzisz ? - warknęła.
  Spojrzał na nią ze zdziwieniem, sama nie umiała określić, czy jest udawane, czy nie.
-Nie jesteście więźniami - oświadczył. - Jesteście tutaj, bo chciałbym zacząć z wami współpracować.
- Niestety, chyba słyszałeś, że troje ludzi to już tłok? Tak, radzimy sobie sami - odparowała Emi.
-Naprawdę? - uniósł brwi.
-To ty nas w tedy ogłuszyłeś? - do rozmowy włączył się Nat.
-Rozpylony chlorometan - Artur wzruszył ramionami. - Muszę powiedzieć, że byliście niesłychanie prości w obsłudze. Wystarczyło wam zaświecić zegarkiem przed nosem i podsunąć fałszywy trop, a już lecicie jak ćmy do światła.
-Więc - Emi nie mogła uwierzyć. - Ty to wszystko zaplanowałeś?
-Wszystko. Ale dziękuję też tobie, bez ciebie nie udało by mi się - pogardliwy uśmieszek przebiegł po jego twarzy. Dziewczyna przypomniała sobie jego miły i uprzejmy charakter nad morzem. Jesli myślała, że Nataniel jest dobrym aktorem, to przy Arturze wypadał na amatora.
- Dlaczego? - spytał chłopak równie zaskoczony jak Emi.
-Tak jak już mówiłem, chcę z wami współpracować. Mam pewien poważny plan, do którego będą mi potrzebni tak zdolni złodzieje, jak wy.
-Mówiłam ci, że nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego! - krzyknęła Emilia zrywając się z miejsca z taką gwałtownością, że jej krzesło odleciało w tył.
   Popatrzał na nią zimno. To był naprawdę dziwny wzrok. Przebiegły i chytry, a zarazem wyjątkowy. Był jednym z tych spojrzeń, które widzi się tylko kilka razy w życiu.
-Więc Emilio, chyba nie wiesz bardzo ważnej rzeczy - wycedził opierająć się na stole. Ich twarze znalazły się dokładnie na przeciwko. - Policja wiele dałaby, żeby mieć informacje o waszym pobycie, lub co więcej złapać was. Jesteście ścigani listem gończym. Wiem o was więcej, niż wy sami. Porzucone na ulicy niemowlę. Pożar w szpitalu, zaginione dokumenty. Nie wiedzieli nawet jak masz na imię. Ciężko musiało się żyć ze świadomością, żę jest się nikim prawda Emilio? Dociekałaś prawdy i co? Wreszcie ją znalazłaś. Ile lat miała twoja matka, gdy ci urodziała? Piętnaście, szesnaście? Widziałaś ją, prawda? Ułożyła sobie nowe życie, zapomniała o tobie. Cudowne jest uczucie, że własna matka porzuciła cię i zostawiła na śmierć? Wiem o was wszystko - mówiąc to rzucił na stół dwie białe teczki. - Tutaj jest całe wasze życie. Nie wiecie połowy z  tego, co ja wiem - postukał wskazującym palcem w blat. Jego oczy płonęły szaleństwem. - Nataniel? To nie jest twoje prawdziwe imię, prawda? Chcesz, żeby twoja przyjaciółka dowiedziała się kogo masz na sumieniu? Chcesz tego? - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Niech dowie się, że naćpany piętnastolatek zamordował dwie osoby. Zawsze byłeś zwykłym przestępcą. Nikim. Daję wam dzień. Zdecydujcie sami, czy się do mnie przyłączacie - mówiąc to wyszedł trzaskając ciężkimi drzwiami.

czwartek, 4 czerwca 2015

   Znów witam wszystkich! :D 
Jako, że blog staje się dość popularny, chciałbym zacząć propagować 
wolontariat i pomganie innym ludziom.
Na początek zachęcam was do codziennego klikania:
http://pomagajonline.pl/
Akcja ma na celu promowanie w internecie charytatywnych przedśęwzięć.
Tylko jedno kliknięcie, a może tak wiele!!!
Polecam wam też zostanie wolontariuszem.
W większości szkół jest coś na kształt koła wolontariatu, do którego można się zapisać.
Pomaganie innym jest czymś cudownym, dla mnie niepowtarzalnym.
By pomagać nie muisz wcale brać udziału w tych wszystkich akcjach, zbiórkach itd.
(choć byłoby świetnie :D )
Wystarczy, że POSTARASZ się być dobrym.
Po prostu. 
Pomagaj innym w swoim otoczeniu. Nie oczekuj nic w zamian. 
Nawet wdzięczności. 
,,Jes­tem nie po to, aby mnie kocha­li i podzi­wiali, ale po to, abym ja działał i kochał. 
Nie obo­wiązkiem otocze­nia po­magać mnie, ale ja mam obo­wiązek troszcze­nia się o świat, o człowieka. "
Janusz Korczak

Rozdział 5

   Ulica powoli opustoszała, zmieniając się w cichą i mroczną, jak w scenie z każdego horroru. Niewielu wiedziało, że tak naprawdę dopiero po zmroku można zobaczyć prawdziwe oblicze miasta. Nieliczni mieli okazję żyć w innej, jakże odmiennej od codziennego wizerunku jasnej i tłocznej części miasta. 
  Między dużą, zatęchłą i duszną za dnia księgarnią, a popularnym sklepem z używanymi ciuchami, w ciemnym zaułku, gdzie nie sięgało nikłe światło kilku latarni stał mężczyzna. Mimo letniego upału, miał na sobie długi, sięgający kostek ciemny płaszcz, który delikatnie falował na wietrze. 
   Gdyby nie ten, prawie niezauważalny ruch, można by go uznać za pomnik - przedstawiający najnudniejszego człowieka na ziemi. Czarne, gładko zaczesane w tył włosy, blada cera i wystające kości policzkowe sprawiały, że na jego twarzy nie można było dostrzec żadnych oznak życia. Stał niewzruszony, nawet nie mrugając. 
   W tem na martwej ulicy pojawił się inny człowiek. W przeciwieństwie do pierwszego mężczyzny, był bardzo zdenerwowany. Nerwowo spoglądając za siebie biegł w kierunku księgarni, a jego buty postukiwały rytmicznie o chodnik, zniekształcając ciszę. Przystanął przy wystawie książek za dużą, szklaną szybą i przemówił drżącym, nerwowym głosem:
-Co u ojca, Dragan? 
-Nie rozmawiałem z nim od pół roku, przecież wiesz - odpowiedział skryty w cieniu mężczyzna, jego wargi prawie się nie poruszały, gdy mówił te słowa. 
   Przybyły mężczyzna wyraźnie się rozluźnił, ale jego ciało wciąż pozostawało napięte.
-Czego chcesz? - syknął wyraźnie zły.
-Mam ją - powiedział spokojnie mężczyzna zwany Draganem. 
  Zapadła cisza, która jednak wydawała sie być gęstsza niż nagrzane powietrze wokół nich.
- J e g o córkę? - drugi mężczyzna wyraźnie akcentował każde słowo nerwowo zaciskając pięści. Dragan wiedział, że ten tik jest oznaką wielkiego zdenerwowania w jego rodzinie.
-Tak, ale jest problem.
-Jaki?
-Podrózuje z chłopakiem.
-Pozbądź sie go - rzucił jakby od niechcenia drugi mężczyzna.
-Tak chciałem zrobić, ale w tedy nam nie zaufa. Są zrzyci, nie rozstają się. Nie możemy jej stracić, jesteśmy tak blisko, braciszku.
-Nie mów tak do mnie! - brat Dragana prawie krzyknął.
-Uspokój się - szepnął pan w płaszczu. Kąciki jego ust drgnęły jakby zamierzał się uśmiechnąć, ale w ostanim momencie zrezygnował. - Przyjmiesz ją?
-Do szkoły? Nie wiem.
-Musisz ją pilnować, przez ten czas. Jest wiele luźnych końców, które należy zlikwidować - Dragan znacząco popatrzał na brata. - Nie będę mógł jej poświęcać zbyt wiele czasu. 
-Dobrze - odpowiedział tamten z namysłem, masując sobie dłońmi skronie. - Zobaczę co da się zrobić. A chłopak?
-Mam już plan, niech cię twoja główka nie boli - cierpki ton wyraźnie zdenerwował drugiego mężczyznę.
-Siedzę w tym tak samo głęboko jak ty, więc nie zgrywaj dowódzcy - wycedził.
-Kontaktowałeś się ostatnio z mamą? - opanowany ton Dragana zmienił się nagle. Stał się niepewny, wręcz strachliwy, jakby mężczyzna bał się odpowiedzi.
- Nie odzywała się do mnie - drugi z panów odwrócił głowę. - Myślałem, że ty masz z nią jakieś połączenie, w końcu.... - urwał nie wiedząc jak wyrazić słowami to, co ma na myśli.
- W końcu, co? - zniecierpliwił się Dragan.
-Nic...już nic..- westchnął. - Więc ja mam zająć tę dziewczynę, na ile?
-Tydzień, góra dwa. Żeby pozbyć się chłopca, potrzebuję trochę czasu. 
-Jasne, a co potem?
-Dziewczyna odwiedzi swojego ojca - powiedział rzeczowo Dragan. - Dostarczy nam plany.
-Uda się? Dragan? Uda się?
-Tak, jestem tego pewien. Branko...
-Co?
-Zadzwoń do ojca. Będę potrzebował jego pomocy.
-Sam powinieneś zadzwonić.
-Tobie uwierzy! Mi, nie.
-Dobrze zadzwonię. To wszytko?
-Tak.
-Zgłoś ją do mnie. Pozałatwiam wszystkie papierki.
-Dzięki.
-Nie wierzę!
-W co?
-Ty dziękujesz? Ktoś cię podmienił?
-A może, nad sobą pracuję? Ty też mógłbyś.
-Nad czym?! Nad byciem lizusem i idealnym synkiem? Nie sądzę.
-Mógłbyś o tym zapomnieć, zaczęlibyśmy od nowa.
-Jak mam zacząć od nowa, kiedy ciągle mnie do czegoś namaiwasz?! Ciągle jakieś krętactwa! 
-Wiesz, że musimy się dowiedzieć, kto to zrobił, a tylko dziewczyna może nam pomóc.
-Dobrze, pomogę ci. 
-Dziękuję.
-Nie dla ciebie to robię.
  Po tych słowach Branko odwrócił się i ruszył szybkim krokiem oddalając się od swojego brata.
-Też ją kochałem! - krzyknął za nim Dragan, ale Branko nawet się nie zatrzymał. Mężczyzna ukryty w cieniu schował twarz w kołnierzu płaszcza i detchnął głęboko kilka razy. Nie mógł pozwolić, żeby zawładnęły nim emocje. Nie, gdy był tak blisko. Poczuł, zę coś wibruje mu w kieszeni spodni. Wyciągnął komórkę, na którą właśnie przyszedł sms. Wyświetlacz oświetlił mu trupio bladą twarz, gdy przeczytał wiadmość.

Wracaj, obudziła się.

  Okrążył ksiągarnię i wsiadł do zaparkowanego na tyłach budynku auta. Zapiął pasy, odpalił silnik i ruszył w drogę powrótną do domu. Wiedział, że teraz nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

środa, 3 czerwca 2015


Rozdział 4

  Złocisty piasek, świecący się w słońcu niczym złoto przesypywał się Natanielowi przez palce. Emi zajęta czytaniem, nie zwracała uwagi na jego widoczny, zły humor. Na okładce czytadła, która trzymała w rękach, rozciągnięta na leżaku w cieniu kolorowego parasola, widniał tytuł Moja siostra mieszka na kominku.
-O czym to? - spytał naburmuszony przewracając się na plecy. Przez te kilka dni, które spędzili na wylegiwaniu się na plaży promienie słoneczne pozytywnie wpłynęły na barwę jego skóry, która z marmurowej, stała się lekko brązowa. 
-O siostrze, która mieszka na kominku - mruknęła znudzona Emi nawet nie podnosząc wzroku.
-To takie ciekawe? - spytał znów.
  Dziewczyna zgromiła go wzrokiem. Nat obrócił się do niej plecami, burcząc coś pod nosem. Emi znów zagłębiła się w lekturze. Niedaleko nich, parawan rozbijała właśnie spora rodzinka rodzinka z kilkorgiem mocno hałaśliwych dzieci.
-Jak ktoś może mieszkać na kominku? - chłopak obrócił się znów drażniąc swoją przyjaciółkę.
  Emi wstała i zniecierpliwiona rzuciła książkę do torby.
-Z czym masz problem? - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Od wczoraj chodzisz wkurzony i warczysz na mnie, o byle co! Co ci jest?
-Nie uważasz, że powinniśmy już wyjechać - uniósł śmiesznie brwi z wyrazem twarzy, który mówił Wiesz o co mi chodzi. 
-Też nad tym myślałam - przyznała po chwili. Usiadła mu na kolanach. - W ogóle nie widziałam ostatnio tego faceta. Zauważyłeś, że zbyt często się nie pokazuje?
-Arcio Szczur, spec od autek? Też go nie zauważyłem - powiedział dokładnie poinformowany o przebiegu spotkania Emi z tajemniczym mężczyzną. - Może schował się w norze?
- Nie żartuj sobie - rzuciła wstając.
-Okey, okey..-zamyślił się. - Jutro załatwimy to raz na zawsze.
-Wreszcie geniuszu - poczochrała mu złote włosy.
-Okey, ale trzeba się będzie przygo.....UWAŻAJ DO CHOLERY! - ryknął zrywając się cały morky ze swojego miesca.
  Mały chłopiec w wieku około pięciu lat stał z zabawkowym pistoletem, któego lufa była wymierzona prosto w Nata. Przyjaciel Emi wyrwał dziecku zabawkę i mierząc prosto w nie nacisnął spust i wystrzelił resztę wody na głowę kilkulatka. Potem wziął szeroki zamach i rzucił plastikowy pistolet w morze, który spadł z głośnym pluskiem kilkanaście metrów od brzegu. Chłopak zaniósł się szlochem. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach długimi strumieniami. Coraz bardziej zapłakany, czerwony i zasmarkany, a przede wszystkim głośny chłopiec stał się obiektem zainteresowania wszystkich plażowiczów wokół nich.
-TRZEBA BYŁO UWAŻAĆ!!! - krzyknął ostatni raz Nat, po czym położył się na leżaku i jak gdyby niigdy nic założył okulary przeciwsłoneczne. Nie trzeba było dlugo czekać na reakcję rodziców malucha. Już po kilku sekundach przy dziecku znalazła się matka tuląca swoją, wciąż ryczącą, pociechę do brzucha i pokrzykująca na niewzruszonego Nataniela. Z jej ust wypływały coraz to nowe wiązanki przekleństw.
- Niech pani uważa na słowa. Podobno dzieci, przy których sie przeklina, wyrastają na złodziei - mruknął.
- Jak pan śmie! - fuknęła. - Niech pan następnym razem nad sobą panuje, kiedy niechcący jakieś dziecko obleje pana wodą.
-Proszę następnym razem panować nad synkiem - odfuknął Nat przedrzeźniając kobietę. - Niech pani posłuży mu za tarczę do strzelania. Przynajmniej będzie pewność, że trafi.
  Kobieta kilka razy otwierała jeszcze usta, żeby coś powiedzieć, ale nic z siebie nie wykrztusiła. Zamiast tego obróciła się na pięcie i odeszła ciągnąc za rączkę roześmianego od ucha do ucha malca  wyraźnie cieszącego się z całego zamieszania.
Emi spojrzała z dezaprobatą na swego wspólnika.
- To był przecież dzieciak, musiałeś, aż tak się wściec? To nic wielkiego! Byłeś niesprawiedliwy - powiedziała.
-Życie jest niesprawiedliwe, moja droga - spojrzał na nią zza okularów. - Myślałem, że już to wiesz.
  Zamilkła nie wiedząc co odpowiedzieć. Czuła na sobie niemal namacalnie palące spojrzenia sąsiadów. Słyszała ich złowrogie szepty. Rozejrzała się wokoło. Jedni ze zmarszczonymi brwiami patrzyli na nią spod łba, widziała kilka złośliwych uśmieszków. Niektórzy otwarcie śmiali się w głos, ale ona nie była pewna, czy śmieszy ich sarkazm Nata, czy matka chłopca. I tylko przez chwilę, choć mogła to być sprawka gry barw i cieni, zobaczyła znajomy szmaragd oczu. Serce jej się zatrzymało. Artur? Czy widział to co się stało? Oby nie... Niechętnie, przed samą sobą musiała przyznać, że z jakiś względów, zależy jej na zdaniu mężczyzny, którego ledwie znała.
-Zaraz przyjdę - rzuciła w kierunku Nata, po którego powoli zaczął upominać się sen. Nie doczekała się odpowiedzi.
   Ruszyła scieżką wyznaczoną przez parawany, ręczniki, koce lub wielkie parasole. Nie przewidzio jej się.
  Stał tam.
  Dokładnie tam, gdzie spotkali się wcześniej.
  I patrzył przeszywającym, miażdżącym wszelkie poczucie wartości wzrokiem.
  Prosto na nią.
  I w tedy zrozumiała.
  To był wzrok pełen p o g a r d y.
   Początkowy szok wstrząsnął jej ciałem. Żołądek nagle zmeinił swoją pozycję, pojawiając się w okolicach gardła. Na chwiejnych nogach podeszła do mężczyzny stojącego nad brzegiem morza. Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Powinna go przeprosić? Wytłumaczyć, że nie pochwala zachowania Nata? Przemka, swojego męża, prawie zapomniała. Wyglądała jak ryba wyjęta z wody, raz po raz otwierając i zamykając usta, jakby to miało jej pomóc w przeżyciu. Westchnął i mrugnął przeciągle, a gdy otworzył swoje cudowne ( Emi sama zgoniła siebie za tę myśl) szmaragdowe oczy, wyrażały tylko jedno. Żal.
-Dziś wyjeżdżam - powiedział niespodziewanie. Słony wiatr wiejący znad wody potargał jego kruczoczarne włosy, gładko zaczesane do tyłu. Emi zauważyła, że jego skóra nie jest ani trochę muśnięta słońcem. - Nie będzie mnie wieczorem. Wrócę dopiero rano, muszę coś załatwić.
-Przez noc? - spytała niepewna swojej pozycji w tej rozmowie. Widział całe zajście i udawał głupiego? Czy może nie był świadkiem przykrego zajścia, a jego wzrok był tylko wizją poczucia winy, które głęboko w podświadomości Emi próbowało dojść do głosu.
  Przelotny uśmiech zagościł na jego twarzy, utonął jednak po ułamku sekundy w głębokim morzu powagi.
-Tak.
-Dlaczego mi to mówisz?
-Może spotkalibyśmy się, gdy wrócę? Jeśli nic nie miałby przeciwko twój mąż - pedagog - ostatnie słowo wypowiedział z taką zawiścią, że Emi musiala zmusić samą siebie, by nie skulić się w sobie.
-Jasne, zobaczę co da się zrobić - powiedziała automatycznie, nawet się nas tym nie zastanawiając.
-Dobrze - uśmiechnął się odsłaniając równe, białe zęby. - To...do zobaczenia - wyciągnął dłoń, a Emi podała mu swoją. Artut jednak w cale nie zamierzał jej uściskać. Nim dziewczyna zdążyła zareagować, podniósł jej dłoń na wysokość twarzy, schylając się lekko, i delikatnie musnął wargami jej skórę. Emilią wstrząsnął dziwny dreszcz. Mężczyzna skłonił się lekko i odszedł zostawiając ją samą. Skóra na dłoni dziewczyny dziwnie wibrowala w miejscu, gdzie ją pocałował. Wróciła do Nata, siadła na jego leżaku, zbyt wstrząśnięta by mówić.
-Co jest? - spytał zachrypniętym od drzemki głosem.
-Dzisiaj nie będzie go w pokoju. Wyjeżdża tylko na noc, więc rzeczy zostawia tutaj. Idealna okazja - przyłapała samą siebie jak palcami gładzi wierzch dłoni. Otrząsnęła się zła na samą siebie, za ten wybryk.
- A ty skąd to wiesz? - spytał nagle pobudzony chłopak.
-Podsłuchałam staruszka - Zgredka. Tego portiera - odpowiedziała wzruszając ramionami. Z jakiegoś powodu czuła, żeby nie wspominać Natanielowi o tym jakże romantycznym incydencie.

***

 - Już wyjeżdżacie? - spytał niski pomarszczony staruszek o posturze Quasimodo - właściciel hotelu.
- Wiem, wiem, mieliśmy zostać jeszcze kilka dni, ale chcemy zatrzymać się jeszcze w Gdańsku do końca wakacji - wystękał Nat znosząc po schodach ich opasłe torby. 
-Dziękujemy za wszystko, było bardzo miło przez te cztery dni - uśmiechnęła się Emi i serdecznie, z entuzjazmem uścisnęła dłoń starszemu mężczyźnie.
-Tyle ile było umówione? - spytał Przemek Nok sięgając do tylnej kieszeni krótkich dżinsów. Staruszek pokiwał energicznie głową i bez słowa wziął plik pieniędzy, nawet nie przeliczając. 
-Miłej podróży i dobrej pogody - uśmiechnął się odsłaniając zniszczone próchnicą zęby. - Niech się pan zbytnio nie spali na słońcu.
-Będę o niego dbała - wtrąciła się Emi poprawiając torebkę. - Do widzienia! - rzuciła i pomachała ręką, a za nią dreptał Nat dźwigający bagaż.  
  Spakowali wszystko do bagażnika Audi A6, które czekało na nich zaparkowane przed hotelem. Wsiedli do nagrzanego auta. Ruszyli powoli manewrując między tłumami plażowiczów na ulicy. Emi włączyła klimatyzację i sięgnęła po książkę.
-Znowu? - uśmiechnął się krzywo Nat.
-Nie denerwuj mnie! - wyszczerzyła zęby.
    Jechali około dwóch godzin, a ponad połowę tego czasu spędzili stojąc w korku. 
-Normalnie jechalibyśmy pół godziny, gdyby ktoś przed nami szybciej reagował na zmianę świateł - pieklił się Nat.
-W nocy nie będzie korków - uśmiechnęła się dziewczyna spod przymrużonych powiek, wsłuchując się w piosenkę One Republic lecącą w radio. 
-Mam nadzieję - mruknął Nat i ze złością uderzył pięścią w klakson. Zawtórowało mu kilka innych aut.
    Dojechali do odległej o kilkanaście kilometrów stacji benzynowej. Było już po dwudziestej, kiedy zatrzymali się i zmienili auto na starego, przerdzewiałego do szpiku silnika i rury wydechowej Pasata. Emili wzięła prysznic w publicznej łazience. Czekali do dwudziestej trzeciej jedząc na kolację hot-dogi ze sklepu. Zamienili ze sobą zaledwie kilka słów, które jednak nie wykraczały poza ,,Podaj serwetkę.'' albo ,,Wyłącz kilmatyzację.'' Oboje czuli rosnące napięcie, związane po części z akcją, a w dużej mierze, z okropną świadomością, że mimo tylu obietnic, jedno przed drugim trzymało w sekrecie tajemnice. Oczywiście chodziło o Emilię, dlatego dziewczyna siedziała wciśnięta w fotel pasażera z coraz większymi poczuciami winy.
   Wyjechali przed północą. Szybka jazda pustymi ulicami sprawiła, że tę samą trasę pokonali w zaledwie pół godziny. Zatrzymali się koło małej kawiarni, Emi rozpoznała ją bez trudu. To tutaj piła kawę z Arturem. Na myśl o mężczyźnie liny sumienia ścisnęły jej serce i płuca.
   Resztę drogi pokonali pieszo, ubrani w czarne kurtki byli prawie niewidoczni na nieoświetlonej ulicy. Biegiem przecieli za  dnia zielony, teraz czarny trawnik i bez trudu pokonali wiecznie otwarte drzwi wejściowe. Emili już dawno wiedziała, że staruszkowie zwyczajnie zapominają je zamykać. Szybkim krokiem z łomoczącymi sercami wspięli się na schody, kierując się do wcześniej wypatrzonego pokoju, gdzie zatrzymał się Artur. Nat przysuwając ucho do kantu drzwi, nasłuchiwał jakich kolwiek odgłosów. Emilia poczuła palące poczucie niesprawiedliwości. Czyżby jej nie wierzył? 
  Podrobionym kluczem wykonanym na wzór tego z ich pokoju otworzył drzwi. W tym momencie w och organiźmie pojawił się zastrzyk adrenaliny, który ostatecznie pobudził ich do działania. Nie trudzili się zapalaniem światła. Przyświecając sobie latarkami wrzucali do przygotowanych toreb wszystkie cenne przedmioty. Emilia znalazła komórkę, mały laptop i trochę pieniędzy, podczas gdy Nat plądrował szafki, wrzucając całą ich zawartość do swojej torby. Emilia znając powszechne zabezpiecznia przed kradzieżą postanowiła sprawidzć łóżko. To tam często chowano najcenniejsze, drobne rzeczy, żeby podczas snu, mieć je zawsze przy sobie. Podniosła poduszkę, a w górę poleciała mała kartka papieru, która leżała pod poszewką. Dziewczyna bez problemu złapała świstek w locie i oglądając się na towarzysza, który nawet nie zwracał na nią uwagi, w świetle latarki, przeczytała:  

ON wie, że skłamałaś.

  Serce na moment przestało jej bić. Krew uciekła z twarzy, a macki paniki oplotły jej trzewia. Zdążyła jedynie wyszpetać:
-Nataniel....
  Obróciła się i zobaczyła tylko leżące na ziemi ciało ubrane w czarną kurtkę, identyczną co jej. Zobaczyła białe włosy wystające spod kaptura nieprzytomnego Nataniela. Nagle zakręciło się jej w głowie, poczuła mdłości. Ktoś chwycił ją za ramię, ale nie mogła zobaczyć kto to był. Osunęła się nieprzytomna na podłogę.



wtorek, 2 czerwca 2015


Rozdział 3

  -Może tutaj? - spytał Artur mrugając łobuzersko. Znajdowali się w małej, wciśniętej między ogromne resteuracje, kawiarni. Wnętrze było przyjemne. Pachniało tu świeżo paloną czarną kawą i ku zadowoleniu Emi ani trochę nie było czuć ryby, któej nie znosiła. 
-Jasne - odparła i usiedli przy małym drewnianym stoliczku tuż obok dużego okna. Na parapecie leżały stosy grubych, z lekka zakurzonych książek. Kilka tytułów rzuciło się dziewczynie w oczy. Moja siostra mieszka na kominku lub Złodziejka książek. 
-Więc przyjechałaś z mężem na wakacje, tak? - zagadnął mężczyzna niby zainteresowany zapełniającą się powoli ludźmi ulicą. Czujna i bystra Emilia wychwytywała jednak jego urywane, ciekawskie spojrzenia. Uśmiechnęła się kwaśno i pokiwała głową.
 -Na ile? - spytał z uprzejmym zainteresowaniem biorąc do ręki ustawioną na blacie kartę z różnymi rodzajami napoi i ciast, które były tu serwowane, i obracając ją w długich palcach. Emi nie zauważyła obrączki.
-Tydzień, ale być może wyjedziemy wcześniej. Mamy zamiar odwiedzić jeszcze Gdańsk i zostać tam na kilka dni - westchnęła.
-Piękne miasto - przyznał zawieszając na niej swoje szmaragdowe oczy, ale tylko przez chwilę. Te kilka sekund wystarczyło jednak, by Emilii szybciej zabiło serce. - Espresso macchiato - mruknął znów patrząc w kartę.
-Słucham? - Emi nachyliła się jego kierunku, nie pewna czy słowa, któte wypowiedział nie były obelgą skierowaną w jej osobę.
- Ja wezmę espresso macchiato - powiedział rozbawiony zakłopotaniem swojej towarzyszki. - A ty?
-Nie wzięłam pienię...
-Zapłacę - uśmnął się promiennie przerywając jej. - Idę zamówić.
  Wstał z gracją z krzesła, ale nie zdążył odejść, bo Emi wypaliła:
-Nie powiedziałam ci czego chcę się napić!
-Latte macchiato - podszedł do lady i zaczął rozmawiać z kobietą w czarnym fartuchu z wyszytym na piersi napisem Jacobs. Emi została ze zduszonym zdziwieniem i rozdziawionymi ustami. Faktycznie, jej ulubionym rodzajem kawy było latte macchiato. Otrząsnęła się ze zdziwienia i postanawiając, że od tej chwili zachowa większą czujność. Coś nagle przestało jej się podobać w tym facecie. Tak, jakby wtargnął w jej prywatne sprawy, a przecież chodziło o zwykłą kawę. Ale skąd wiedział? Zgadywał? Być może, więc musiał być w tym naprawdę dobry. Nagle przypomniała sobie tamto spotkanie w hotelu. W tedy, gdy tak badawczo się jej przyglądał. Nawet teraz przeszły ją ciarki na myśl, co w tedy czuła. W głowie zaświatała jej tylko jedna myśl. Telepatia? Odrzuciał od siebie ten pomysł zła, że coś takiego przyszło jej do głowy. To było żałosne.
-Co ci jest? - spytał Artur spoglądając na nią spod ciemnych zmarsczonych brwi.
-Nic - uśmiechnęła sie, choć przez zamyślenie prawie zapomniała gdzie się znajduje. - Może opowiesz mi coś o sobie, Artur....- postukała się palcem po brodzie, udając, że nie może sobie przypomnieć nazwiska.
-Lis - rzucił opierając się na łokciach. 
-Jasne, Lis - uśmiechnęła się słodko i przyjaźnie. - Opowiesz mi coś o sobie? 
-Prowadzę firmę przewozową - wyjaśnił rzeczowo. - Straszne nudy, transportujemy towar z hurtowni do sklepów. Nic wielkiego, ale dochody są - potarł palec wskazujący o kciuk. Czyżby próbował jej zaimponować?
-Chyba ciężko panować nad taką firmą, co? - spytała przypatrując się okładce Złodziejki. Rola głupiutkiej panienki zaczynała już ją nużyć.
-Daję radę. Ej, przestań mieć takiej miny!
-Jakiej?
-Właśnie takiej. Wyglądasz jakbyś za chwilę miała iść na pogrzeb. 
-Skąd wiesz, że tak nie jest? - roześmiali się, akurat w chwili, gdy kelnerka przyniosła ich zamówienie.
  Siedzieli w milczeniu przez następne kilka minut sącząc swoje kawy. Artur przybrał zamyśloną minę i zapatrzył się na jakiegoś ulicznego grajka, który zabawiał przechodniów na zewnątrz grą na charmonijce. Co jakiś czas ktoś pochylał się, by wrzucić mu drobne do leżącego na chodniku kapelusza. Emi natomiast skorzystała z okazji i zaczęła dokładnie badać mężczyznę wzrokiem. 
 Siedzieli tak zaglębieni we własnych myślach. On wielki, ona malutka. On piękny, ona brzydka. On wspaniały, ona mizerna. On uśmiechnięty, ona przestraszona. Wiecznie przestraszona. On bogaty, ona...no właśnie...Jaka była? On inteligenty, ona głupiutka. On tchórzliwy, ona dzielna. 
-Muszę iść - rzuciła i wstała od stolika zostawiając ledwie napoczętą kawę.
-Odprowadzę cię - skwitował, po czym jednym łykiem opróżnił do końca swoją porcelanową filiżankę i wyszedł z nią na zewnątrz. 
-No, to teraz ty - powiedział przerywając milczenie, gdy szli chodnikiem. 
-Co ja? - spytała.
-Opowiedz mi coś - wzruszył ramionami. - O sobie. Cokolwiek.
-Nie pracuję, jeśli chcesz wiedzieć. Mój mąż jest nauczycielem. 
-Czego uczy? - spytał przystając koło grajka. 
-Polskiego - powiedziała również dołączając do grupki słuchaczy.
-Nigdy nie lubiłem polskiego - uśmiechnął się, po czym sięgnął do kieszeni i ponownie wyjął porfel. Wyciągnął z niego nowy banknot i wrzucił do kapelusza. Muzyk skłonił się i wykonał specjalne, choć niezbyt udane solo.
-Pokaźna suma - gwizdnęła Emi wychodząc z grupy i kierując swoje kroki do hotelu, który znajdował się już niedaleko.
-Tak. Chciałem ci zaimponować - przyznał uśmiechając się.
-Co na to mój mąż? - spytała retorycznie. 
  W atmosferze rozbawienia dotarli do hotelu. 
-Było mi miło - powiedział i uścisnęli sobie dłonie. Po męsku, bez sentymentów, co niezwykle ucieszyło Emi. Nie chciała, by choćby ziarenko sympatii do tego człowieka zakiełkowało w jej sercu, nie mogła sobie na to pozwolić. Była profesjonalistką. Rozstali się obiecując sobie, że kiedyś to powtórzą, choć oboje wiedzieli, że tak się nie stanie. Emilia wróciła do pokoju i zastała wciąż śpiącego Nataniela. Nie trudziła się, by przykryć go kocem, który z siebie zrzucił. Otworzyła jedynie okno, by powoli nagrzewające się powietrze trochę go otrzeźwiło i wywietrzyło pomieszczenie. Poszła wziąć prysznic nie zdając sobie sprawy, że w jej duszy właśnie rosła potężna roślina przyjacielskiej życzliwości w stosunku do Artura.
  Hej wszystkim! :D Dzięki za wejścia i dobre komentarze, które naprawdę dużo dla mnie znaczą! Jako fan AVENGERS chciałem wam polecić ten blog:
  http://opowiadaniafilmowe.blogspot.com/
Jeden z moich ulubionych, zachęcam do czytania! :P

poniedziałek, 1 czerwca 2015

  
  Rozdział 2

    Błyskawica przecięła niebo oświetlając mroczny świat skryty w cieniu nocy. Grzmot poniósł się po ziemi wniecając tumany nadmorskiego piasku, kołysząc budynkami i wzbudzając uśpiony gdzieś głęboko w sercu Emi strach przed burzą. Gdy kolejny podmuch wiatru przesyconego nadmorską solą wstrząsnął niebezpiecznie chwiejącą się okiennicą w wyjatkowo starej futrynie dziewczyna postanowiła wstać z łóżka. 
   Ostrożnie, żeby nie zbudzić śpiącego na podłodze jej nocnego strażnika - Nataniela wyszła do łazienki. Zaświeciła światło w malutkim pomieszczeniu, które na całe szczęście nie posiadało okien i z melancholią odpowiadającą lunatykowi spojrzała w lustro opierając dłonie o zimną, lecz czystą umywalkę. 
   W odbiciu zobaczyła wyjątkowo zmęczoną postać dziewczyny. Postać, którą nigdy nie chciała się stać. Niestety to świat chciał za nią. Rude, kręcone kosmyki włosów opadały jej na ramiona ognistą kaskadą mieniąc się blaskiem w słabym świetle lampy. Spojrzała w oczy. Oczy szaleńca. Puste, przypominające studnie, w której można by się utopić. Jednak z tym przedziwnym błyskiem, za które tak je kochała. Te jej zielone oczy przesycone radością i miłością, mimo, że rzadko jej doświadczała, chciała pokazać całemu światu, który ją zmienił, że jest dobrze. Że jest szczęśliwa, z tego kim jest.Skłamałaby, gdyby powiedziała, że tak nie jest. Ostatnim krótkim spojrzeniem zgłębiła zieleń swych oczu i pochyliła głowę, by odkręcić kran. Zimną wodą przemyła twarz, po czym wyszła i spojrzała przeciągle na śpiącego chłopaka. 
  Jak sam to określał, z szacunku dla niej, sypiał na podłodze. Cieszyła się z tego, że oboje mają podobne zdanie na ten temat. Zresztą ich więź była inna, niż miłość szczęśliwego, bezdzietnego małżeństwa, które udawali. Byli rodzeństwem. Nie łączyły ich więzy krwi, ale czy musiały? Opiekował się nią, był przy niej, troszczył i kochał, ale...jak siostrę. Oboje zdawali sobie z tego sprawę, chociaż nigdy o tym nie rozmawiali. Ze względu na trudną przeszłość, po prostu byli na siebie skazani. Jedno nie mogło istnieć, bez drugiego. Zresztą byli idealną drużyną, a w fachu, któym się trudnili, było to niezwyle cenne. 
  Byli złodziejami.
  Choć Emi tak daleko odsuwała od siebie tą myśl, dobrze wiedziała jaka jest prawda. Często myślała jak wyglądało by jej życie, z normalną pracą, ale dobrze wiedziała, że Nat nigdy nie pozwoliłby jej skończyć z kradzieżami. Była po prostu zbyt dobra, a nie umiała robić niczego innego. Była jednak szczęśliwa, że nie jest na świecie sama i choć oszustwa nie sprawiały jej przyjemności, były sprzeczne z jej naturą, zmuszała się do poświęcenia, byle tylko nie zostać samotnym i bezdomnym przybłędą. Potrafiła za cenę przyjaźni, zaprzeczyć samej sobie. 
  Z otumanienia wydarło ją wyjątkowo głośne chrapnięcie Nata. Uśmiechnęła się, jakby to był najpiękniejszy dźwięk na świecie. Bo był. Uświadamiał jej, że w ciemnym pokoju, kiedy na dworze szalała burza nie jest sama. Wróciła do łóżka, przykryła głowę poduszką, ale nie zasnęła, aż do rana.

***

  Idę pobiegać. To zdanie niedbale napisała na kartce i położyła w widocznym miejscu, czyli na szawce nocnej obok jej łóżka. Po nieprzespanej nocy pod jej oczami pojawiły się widoczne sińce, które z czasem się powiększały. Ostrożnie otworzyła zamknięte na klucz drzwi i zamknęła je znów od zewnątrz. Wiedziała, że jeśli jest to możliwe, Nat będzie spał do południa. To jedno z jego ulubionych zajęć, potrafił przespać nawet czternaście godzin na dobę. Ona tymczasem kochała biegać i gdy tylko nadarzyła się okazja wymykała się, żeby choć przez chwilę oddać się temu zajęciu. Założyła swoje stare buty firmy nike i włożyła w uszy sluchawki MP3. Usłyszała znajomą melodię. Fun, pomyślała, ale nie mogła sobie przypomnieć tytułu. 

  https://www.youtube.com/watch?v=q7yCLn-O-Y0

 W podskokach zeszła na parter i, ku jej zaskoczeniu, bez najmniejszej trudności otworzyła drzwi. Ze względu na wczesną godzinę, była przekonana, że będą zamknięte i że będzie musiała budzić starego właściciela hotelu, by je otworzył. Wzruszyła ramionami i wyszła na zewnątrz. Chłodne powietrze omiotło jej twarz, rozwiewając luźne kosmyki włosów. Nałożyła kaptur bluzy i zaczęła powoli biec, z czasem chwytając odpowiedni rytm. 
  Nie wiedziała ile czasu mogło minąć, ale zauważyła, że na dotychcas pustych ulicach miasta, nie jest sama. Obejrzała się, ale nie zobaczyła nikogo. Z dzwinym drżeniem serca i mrowieniem na karku wznowiła bieg. Skierowała swoje kroki, ku drewnianym schodkom-wejściu na plaże, przez wydmy.  
 Gdy zobaczyła ogrom wody i poczuła jak słony wiatr muska jej nieosłoniętą skórę wywołując przyjemny dreszcz uśmiechnęła się szczerze. Zdjęła słuchawki, zamieniając jakiś przebój Lany Del Rey na szum fal. Zamknęła oczy pozwalając opanować się przyjemnej atmosferze odprężenia.
  Odwróciła się jednak na pięcie, ponieważ usłyszała jak ktoś zbiega po drewnianych stopniach. Zobaczyła najpierw wysoką, rozmazaną postać ubraną w niebieską bluzę, z kapturem naciagniętym na głowę i krótkie spodenki. Przestała na chwilę oddychać, gdy uświadomiła sobie, kim jest ten człowiek. W przekonaniu utwierdziło ją jego spojrzenie, gdy ją, Emi, mijał. Niby obojętne, ale miało w sobie tyle uroku i jednocześnie prowokacji, że prawie ją oburzyło. Zwłaszcza, że przelotnemu spojrzeniu towarzyszyło krótkie, figlarne mrugnięcie. Mężczyzna, którego z całą pewnością widziała już w hotelu, pobiegł jednak dalej nie zatrzymując się ani na chwilę. Emi bez wachania, jak zachipnotyzowana pobiegła za nim. Jakaś świadoma część jej umysłu, wyczuwała, że to jest ich wróg, cel ich ataku, ale druga chciała, rządała tego by choć przez chwilę porozmawiać z nieznajomym. I jednocześnie na szczęście i nieszczęście Emilia uległa tej drugiej potrzebie. 
  Biegła w odległości kilkunastu metrów za wysokim mężczyzną, bijąc się z myślami. Nagle wszystko przestało być ważne. Morze, Nataniel, nawet cudowna atmosfera i wilgotne powietrze po burzy. Liczył się tylko mężczyzna, który zdawał się być teraz w centrum wszechświata. Emi z całą naukową pewnością mogła oprawcować teraz nową teorię podobną do teorii heliocentrycznej Kopernika, tyle, że Ziemia kręciłaby się wokół nieznajomego. 
  Nagle poczuła, że na coś nadepnęła. Zatrzymała się i obróciła z trudem odrywając wzrok od biegacza.Zobaczyła ciemny, skrzany portfel. Natychmiast pomyślała, że wypadł mężczyźnie, więc podniosła go i otrzepała z piasku. Najpierw chciała go oddać, ale po chwili przyszła jej do głowy lepsza myśl. Otworzyła go i w jednej z kieszonek znalazła prawo jazdy. Wyciągnęła kartę i dokładnie się jej przyjrzała. Małe, drobne literki układały się w słowa: Artur L...
-To chyba moje? - spytał głęboki głos należący do właściciela portfela, który pochylał się nad Emili. Dziewczyna w osłupieniu nie umiała wydusić z siebie ani słowa.
-Mogę? - spytał i nie czekając na odpowiedź delikatnie wyjął z jej rąk porfel i prawo jazdy. - Dziękuję, za znalezenie. 
  Emilia poczuła, że jej policzki przybierają barwę pomidora. Nagle, mimo chłodnego poburzowego powietrza wokół, zrobiło jej się gorąco.
-Przepraszam..-zdążyła wyjąkać i opuściła głowę. Nie czuła wstydu. Czuła niemy zachwyt, że wreszcie może spotkać się twarzą w twarz z osobą, która tak ją intrygowała. No, jeśli można tak powiedzieć, bo domniemany Artur przewyższał ją o głowę. Postanowiła po prostu udawać. tak jak zawsze. Zagubioną, śliczną i miłą dziewczynkę. Słodka i mdła sierotka marysia, do serca przyłóż. Artur westchnął przeciągle obdarzając Emilię serią kolejnych, urywanych spojrzeń.
-No to skoro zna pani moje imię i nazwisko, to czy mogę wiedzieć jak się pani nazywa? Muszę wiedzieć, komu dziękuję - promienny uśmiech zagościł na jego twarzy.
-Klaudia - powiedziała słodko, trzepocząc dlugimi rzęsami. - Klaudia Nok.
-Zdaje się, że zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu? - spytał gestem zapraszając ją do wpólnego spaceru. 
-Tak - powiedziała i uśmiechnęła się uroczo. Czuła, że Artur coraz bardziej poddaje się jej urokowi. Być może, z pomocą szczęścia, uda jej się poznać go lepiej, co pomoże jej i Natanielowi w akcji.
-Może masz ochotę na kawę? - spytał nagle zatrzymując się. 
  Serce na chwilę zamarło jej w piersi. Nie dawała jednak tego po sobie poznać i pokiwała głową, zgadzając się na propozycje.