niedziela, 14 czerwca 2015


Rozdział 10

   Emi właśnie wróciła z łazienki, w której brała prysznic, do swojego pokoju. Zobaczyła leżącą na jej łóżku śliczną czarną sukienkę z gorsetem u góry i rozszerzającym się do kolan dołem. Obok niespodzianki leżała koperta, którą natychmiast z bijącym sercem otworzyła. 
    
   Jeśli zmieniłaś zdanie, to zarezerwowałem stolik na dwudziestą.
Czekam, Makbet.

   Zacisnęła zęby, żeby nie pisnąć z radości. Chywciła leżącego na łóżku Lokiego i wyściskała go tańcząc po całym pokoju. 
- Widzisz? - mówiła do pieska pokazując mu list. - Nie mogę w to uwierzyć.
  Sama nie wiedziała, kiedy tak zbliżyła się do Artura, jeszcze kilka dni temu nienawidziła go, a teraz szła z nim na...randkę? Czy to w ogóle było możliwe? Zdjęła szlafrok i założyła sukienkę. Była cudowna, spojrzała się na stojący na szafce nocnej budzik. Cholera...w pół do ósmej...., pomyślała i wybiegła z pokoju. Biegiem pokonała korytarz, a gdy wreszcie dopadła do drzwi, łazienka była zamknięta.
-Wyłaź Nat! - krzyknęła waląc pięścią w drzwi. Czas ją gonił, czuła wręcz jego oddech na karku.
-Byłaś tu przed chwilą! - usłyszała poryitowany głos dochodzący z zewnątrz. - Idź do drugiej!
-Nienawidzę cię, rozumiesz? Nienawidzę! - krzyknęła z całych sił i pobiegła na parter do drugiej łazienki. Tam umalowała się i skorzystała z lokownicy. Gdy wreszcie wyszła, czarna sukienka idealnie podkreślała jej talię oraz nogi, a wokół głowy piętrzyła się burza ognistych loków. Wróciła do pokoju i spośród kilku torebek wybrała małą kopertówkę, rzuciła okiem na budzik. Mała wskazówka była na ósemce, a mała na piątce. Jest spóźniona! Wybiegła z pokoju o mało nie przewracając się na wysokich szpilkach. Właśnie zbiegała na dół, gdy g o zobaczyła.
   Stał przy drzwiach z rękami splecionymi za plecami. Miał na sobie niebieski garnitur z kamizelką zapinaną na złote guziki i marynarkę. Szmaragdowe, pełne niemego zachwytu oczy patrzały prosto  na nią. Poczuła, że ma gęsią skórkę, zarumieniła się i spokojnym krokiem zeszła po reszcie stopniach. Gdy stanęła obok niego pokręcił głową i powiedział:
-Jesteś piękna.
  Nikt, nigdy nie był szczęśliwszy niż ona, gdy usłyszała te słowa z jego ust. 
-Dziękuję - szepnęła czując, że zaraz wybuchnie z ekscytacji.
-Chodźmy, jesteśmy spóźnieni - otworzył jej szarmancko drzwi. Potem oboje wsiedli do Jaguara i Artur zawiózł ich w całkowitym milczeniu pod same drzwi lokalu. Emi nie chciała psuć uroku i czaru tej chwili, zadowoliła się samą rozkoszą spędzania wspólnie czasu. Przy nim czuła się jak prawdziwa księżniczka.
   Weszli do środka i zaprowadzieni przez kelnera do ich stolika usiedli przy nim, oczywiście Art wcześniej odsunął jej krzesło. Emi była pod ogromnym wrażeniem jego zachowania, był uprzejmy, wręcz zaryzykowała użyć słowa miły, które na co dzień przecież tak do niego nie pasowało. Rozjerzała się po sali i zobaczyła, że kilku gości z ciekawskimi spojrzeniami obraca się w ich strony, poczuła jak nagle zapiekły ją policzki. Nie chcąc jednak, by jej przyjaciel coś zauwazył, zasłoniła się przyniesioną przez kelnera kartą menu.
-Pomóc ci wybrać? - spytał, a w jego głosie dźwięczała przyjazna nuta.
  Nawet nie spojrzała na dania, które tu serwowano. Bardziej interesował ją barokowy wystrój sali. Duże okna z ciężkimi zasłonami i masa ozdobnych szczegółów na ścianach i meblach. Stolik, przy którym siedzieli był wręcz przeniesiony z innej epoki. Ludzie, którzy siedzieli naokoło nich wydawali jej się dziwnie obcy, pochodzący zupełnie z innej sfery.
- Często tu przychodzisz? - zwróciła się do niego zauważając, że przez czas zamyślenia przyglądał jej się.
- Nie tak często, jakbym chciał - stwierdził. - Lubię to miejsce. Ma klimat.
- Trochę sztywno, nie sądzisz? Popatrz na tych ludzi.
- Tak, sztywne snoby - uśmiechnął się. - Ale oni myślą, że są inni. Zabawni, rozrywkowi i przyjacielscy.
- Zaliczasz się do nich? - zagaiła dla zabawy przesuwając palcem wzdłów kieliszka.
  Choć nie spoglądała w jego stronę, wiedziała, że na nią patrzy. Bardzo jej się to podobało.
- Możesz mówić o mnie naprawdę różne rzeczy, ale nie jestem snobem.
- Jesteś miły - naprawdę, bardzo chciała zwrócić na siebie jego uwagę.
- Nie miły, tylko dobrze wychowany. To różnica. Wszystko: uprzejmy, kulturalny, przyjacielski, ale na pewno nie miły.
  W głowie wirowały jej setki złosliwych docinek, które z chęcia skierowałaby w jego stronę, gdyby nie to, że naprawdę nie chciała zepsuć tej kolacji kłótnią. Tak mało miała okazji, by dowiedzieć się o nim czegoś więcej.
- Masz rację, to miejsce jest dla snobów - złożył kartę i położył ją na stoliku. - Idziemy na spacer?
- Yhm...jasne - zaskoczył ją niespotykaną dotąd spontanicznością. Wstał i pomógł jej odejść od stołu odsuwając krzesło.
- Dobrze wyglądałoby, gdybyś się mnie chwyciła - wyciągnął do niej ramię z pytającym wyrazem twarzy. Emi posłusznie objęła jego rękę i razem wyszli z budynku. Ciepło jego ciała było czymś niezwykłym, delektowała się każdą minutą, gdy mogła go dotykać.
    Chłodny wieczór najwyraźniej wywołał z domów większość ludzi, ponieważ chodniki były tłoczne od zakochanych par. Idąc wśród nich, pod rękę z najidealniejszym mężczyzną jakiego mogła sobie zamarzyć, czuła sie jak w niebie. Artur prowadził najwidoczniej znając wszystkie ścieżki w tym mieście. Oparła głowę na jego ramieniu, a on nie zaprotestował. Po kilku minutach doszli do parku, wielu ludzi siedziało na ławkach lub spacerowało z psami. Kilkoro dzieci bawiło się na placu zabawach, a jakiś wytatuowany mężczyzna w podkoszulku siedział niedaleko nich. Ścieżka, którą szli doprowadziła ich do małego mostu.Stanęli na nim i wtuleni w siebie wpatrywali się w szemrącą pod ich stopami wodę. Emilię przejęła nagła groza, tego co właściwie teraz robi. Odsunęła się od niego i świadoma swojej głupoty powiedziała:
-Co ty właściwie sobie myślisz?
   Patrzał się na nią przez chwilę zaskoczony diametralną zmianą zachowania dziewczyny.
- Myślę, ze jestem na randce z najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkałem. A co właściwie teraz robię? Patrzę się na nią.
- My... przecież prawię się nie znamy. Łączy nas tylko ten napad. Prawda? - skarciła siebie za to naiwne, dziecięce pytanie.
- Chciałbym, żeby łączyło nas coś więcej - zbliżył się do niej i błyskawicznie zmniejszył odległość dzielącą ich usta. Zdążył jedynie musnąć ją wargami, ponieważ dziewczyna postąpiła jeszcze jeden krok do tyłu.
- To niemożliwe - stwierdziła dobitnie. Tak bardzo chciała mu ulec, ale wiedziała, że nie może. Natanielowi by się to nie spodobało. Co ona sobie myślała?
- Więc - oparł się o barierkę drewnianego mostu, mówił patrząc gdzieś w horyzont. - Spróbujmy udawać, że choć przez chwilę jest.
  Przełknął głośno ślinę. Coś kierowało ręką Emi, która wystrzeliła do przodu i musnęła jego ramię. Odwrócił się i jak na rozkaz przytulił ją mocno, wtulając twarz w jej włosy. Przytulona do jego klatki piersiowej słyszała delikatne bicie jego serca. Pierwszy raz miała wrażenie, że jakieś serce bije tylko dla niej, że jakiś człowiek jest absolutnie tylko jej. I pierwszy raz czuła się bezpieczna.
   Usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości.
- Przepraszam - powiedział Art i wyciągnął telefon z kieszeni marynarki. Spojrzał na ekran i odpisał jakąś krótką odpowiedź. Dwie, trzy litery, nie więcej.
- Wracamy? - uśmiechnął się i schował komórkę z powrotem. Pocałował Emi w czoło, a ona pokiwała głową.
   Nie wrócili do auta, wspólnie postanowili, że wrócą do domu na nogach. Byli już niedaleko, gdy usłyszeli ryk syren i wóz straży pożarnej na sygnale przejechał tuż obok nich. Ludzie stali na ulicy, niektórzy w samych piżamach i kapciach. Wszyscy ze zgrozą na....
- O cholera.... - marynarka, którą trzymał w ręce spadła mu na ziemię, a Emi zakryła sobie usta rękami.
  Dom, w którym mieszkali stał w płomieniach. Połowa stropu zawaliła się na ich oczach. Gorąco ognia czuć było już z daleka, budynek zamienił się w ogromne ognisko. Większość ścian zwyczajnie nie było, wokół leżały szczątki rzeczy, które znajdowały się w środku. Trzaski i huki oraz woń spalenizny czuli wszyscy w okolicy. Nagle ich dom zamienił się w przedsionek piekła. Kilka wozów strażackich stało na ulicy, a strażacy próbowali ugasić ogień na wszelkie możliwe sposoby, ale płomienie rozeszły się w szaleńczym tempie trawiąc wszystko na swojej drodze. Emi usłyszała krzyk i dopiero potem zorientowała się, że należał do niej. Poczuła mocny uścisk, ktoś próbował ją odciągnąć od tego miejsca. Rozglądała się wokół, nigdzie nie mogła zobaczyć znajomych blond włosów i szczupłej sylwetki. Ale Nat, przecież nie mógł być w środku, to nie możliwe.
- Proszę się odsunąć - ktoś ryknął jej do ucha i siłą poprowadził za barierkę. Poczuła jak ktoś nią wstrząsa, ale cała jej uwaga skupiona była na płonącym domu.
- Emi! - Artur krzyczał ze wszystkich sił, by zwrócić na siebie jej uwagę.
- Gdzie Nataniel ?! - łzy spływały jej po policzkach długimi strumieniami, ręce jej się trzęsły, a nogi były jak z waty.
- Może nie było go w środku - Art ścisnął ją jeszcze mocniej. - Musimy stąd iść! Nie możemy zwrócić na siebie niczyjej uwagi!
- Nie pójdę bez niego! - krzyknęła z całych sił.
- Poszukam go, ale ty masz tu stać, rozumiesz? - pokiwała głową,  a on znikł w tłumie lawirując pomiędzy zebranymi gapiami. Upadła na ziemię wyzuta z sił, potrafiła tylko płakać. Ryczeć ze wszystkich sił, nie obchodziła ją dyskrecja. Jeśli Nat był w środku....
- Chodź - usłyszała znajomy głos Artura i dała prowadzić się jak dziecko. Wyszli z tłumu, a oszołomiona Emi krzyknęła:
- Gdzie on jest?!
- Chodź - powtórzył słabym, drżącym głosem i skierował ją do najbliższej karetki, która stała nieopodal.
- Potrzebne coś na uspokojenie - powiedział zwracając się do jednego z ratowników, który zaraz zakładając rękawiczki ochronne doskoczył do Emi. Bolesne okłucie w ramię nie otrzeźwiło jej, wciąż płakała siedząc w karetce.
- Co się stało? - usłyszała głos Artura.
- Wybuch gazu - odpowiedział jakiś inny, nieznany jej głos.
- Jakieś...ofiary?
- Wie pan...jeśli ktokolwiek był w środku, podczas wybuchu to, nie ma szans, żeby przeżył. Widzial pan, jaka to siła, nie ma połowy domu. Słyszałem, ale nie ręczę, że podobno zginął jakiś młody chłopak, który, podobno, włamał się do środka. No i miał pecha. Więcej będzie wiadomo rano.
   Rodzierający szloch znów wypełnił noc. W głowie Emi wirowała tylko jedna myśl:

Nataniel nie żyje.

sobota, 13 czerwca 2015


Hejo :D
Pojawiła się ankieta, więc zachęcam do głosowania ------->
 Do zobaczenia :*
 

piątek, 12 czerwca 2015


Rozdział 9

   Jechali już kilka godzin. Choć dystans między nimi, a celem się skracał Emi czuła się w samochodzie jak w zamkniętej płapce. Słowa Madelaine dźwięczały jej w głowie wywiercając się głębokimi bruzdami. Jedno słowo było o wiele wyraźniejsze od reszty. Zabić. Czy mężczyzna, który siedzi koło niej, jest do tego zdolny. Ostatnio przecież był dla niej...hm...jak to powiedzieć....Delikatny? W tedy, gdy podsłuchała jego rozmowę, myślała, że coś jej zrobi. Nakrzyczy, zabroni, ale on tylko koło niej przeszedł. Madelaine się myliła, m u s i a ł a się mylić. Emi wyraźnie czuła tworzącą się nić sympatii między nią i Arurem. 
-Dobrze się czujesz? Wyglądasz niewyraźnie - prowadzący autem mężczyzna przemówił przyciszonym głosem. I ktoś taki miał jej zrobić krzywdę? Skarciła siebie za takie myśli, ta kobieta nie zna go, nie wie kim jest. Z perspektywy czasu słowa pokojówki wydawały się kiepskim żartem. 
-Hej, słyszysz mnie? - Artur prawą ręką zmienił bieg, gdy światła na skrzyżowaniu zmieniły kolor na zielony. 
-Ttt....tak - zająknęła się dziewczyna. - Wszystko okey.
-Ma niezły sen.
-Kto? - spytała nagle zdezorientowana tym, co dzieje się wokół niej.
-Twój przyjaciel  - Art spojrzał w boczne lusterko i skręcił na skrzyżowaniu, a potem wyłączył kierunkowskaz. 
-Taak...To coś w stylu jego hobby - uśmiechnęła się wyginając na przednim fotelu pasażera. Nataniel rozłożony z tyłu spał w najlepsze przytulając do siebie koc. 
- Cóż...przynajmniej ma jakieś zajęcie, a ty? - zagaił, żeby podtrzymać rozmowę.
-Czytam - ucięła krótko.
-Ja też - przyznał rzucając w jej stronę krótkie spojrzenie, które zaraz potem znów powędrowało na drogę.
-Co czytasz? - spytała niemal zaskoczona.
- Znasz kogoś takiego jak Szekspir?
- Nie osobiście - zaśmiała się.
  Prychnął rozbawiony poprawiając się w siedzeniu.
-Czytasz te smęty? - zaczęła znów. Chciała jak najdłużej wykorzystać ten moment rozluźnienia. Pierwszy raz zdażyło jej się rozmawiać z Arturem sam na sam. No prawie, bo z tyłu dochodziły głębokie pochrapywania Nata. 
-Dobrze więc. Czyście rozważyli ściśle i przetrawili to, com wam powiedział? Wiecie już, że to on owego czasu obszedł się z wami tak niesprawiedliwie i żeście winni byli, posądzając moją niewinność, tego wam dowieodłem w ostatniej naszej rozmowie; wykryłem wam jak na dłoni, jak was oszukano, jak z was zadrwiono, zrobiono narzędzia, kto was tak zażył i inne szczegóły, w których osnowie najograniczeńszy półgłowek byłby namać mógł Banka.
-Tak, powiedziałem wam to wszystko; teraz powiem wam, co jest celem obecnego mego widzenia się z wami. Analiż w waszej naturze przemaga cierpliwość do tego stopnia, że mimo puszczacie najcięższe krzywdy? Czy wy jesteście tak świątobliwi, żeby się aż modlić za zdrowie i za dom tego człowieka, którego ręka w grób was pochyliła i dzieci wasze przymusiła żebrać?
  Spojrzał się na nią pytającym wzrokiem. Emi była dumna z siebie, że go zaskoczyła, delektując się tą chwilą, wzruszyła ramionami i westchnęła:
- Nie tylko ty czytałeś Makbeta, wiesz? 
- Tak podejrzewam. Gdzie się tego nauczyłaśna pamięć?
-A ty? - sprytnie z szyderczym uśmiechem spytała zwracając rozmowę i kierując ją, niczym statek na głębokie błękitne morze, mając nadzieję, że zatonie w przeszłości Artura.
   Milczał przez chwilę, ale Emi niemal fizycznie poczuła jego niezdecydowanie. Skórzaną kierownicę Jaguara ściskał tak mocno, że pobielały mu knykcie.
-Przez pewien czas - gdy wreszcie przemówił, jego głos był drżący i niepewny, tak odmienny od zwykle zdecydowanego tonu, którym się posługiwał. - Przez pewien czas mojego życia, grałem w teatrze. Byłem aktorem, całkiem niezłym. Kilka razy zagrałem Makbeta. Uwielbiam Szekspira.
-Czemu przestałeś?
   Zwrócił ku niej wzrok, pod wpływem którego Emi skuliła się w sobie.
-Zrozumiałem, że teatr nie jest życiem, tylko życie jest teatrem. Okrutnym przedstawieniem życia i śmierci. Wszyscy gramy tu tylko role. Mówimy wyćwiczonymi tekstami, ale wkładamy w to całe serce. Zupełnie jak na scenie. Całe życie to tylko jedna wielka gra, a ja kocham tę grę.
   Zaniemówiła pod takim napływem szczerości z jego strony. Odetchnęła głęboko i powiedziała:
- Wyćwiczone role? Gra? To nazywasz życiem? Życie to miłość i uczucia. Spontaniczność, nie da się wszystkiego zaplanować.
-Czyżby? Jesteś żywym dowodem na to, że jednak da się. Niektórzy to potrafią.
- Zaliczasz się do nich? 
-Owszem - uśmiechnął się.
-I jesteś szczęśliwy? 
   Zaniemówił, a ona nie wiedziała czy przybiło go samo pytanie, czy jej postawa. W końcu uśmiechnął się krzywo i stwierdził dobitnie:
-To, co nazywasz miłością i uczuciami naprawdę jest wolnością.
-Tak, wolność. Człowiek ma całkowitą swobodę swojego własnego myśleniai odczuwania.
-Wolność to największe z kłamstw.
-Jak możesz tak mówić, kiedy...
-Wolność - przerwał jej i przełknął głośno ślinę, coraz bardziej zdenerwowany. - Wolność nie jest dla ludzi. Ludzie pożądają zniewolenia. Przez wolność dzieją się takie rzeczy jak wojny, zabójstwa, zdrady stanu itd. To dopiero początek wyliczanki. Ludzie pożądają zniewolenia. Potrzebny jest na świecie ktoś, kto jak małe dzieci przypilnowałby ich, poprowadził za rączkę i wytarł nosek. Ludzie są słabi, nieporadni. Żądzi nimi chciwość i chore ambicje, które popychają ich do walki o władzę i o tożsamość. Zawsze jest coś, co przeszkadza w absolutnej wolności. Czasem są to zasady, czasem inni ludzie. Jeśli się z tym pogodzisz, w swoim własnym sercu, to zaznasz pokoju.
-To niesamowite - stwierdziła szerzej otwierając oczy ze zdumienia.
-Ale prawdziwe.
-Nie mówię o tym. Niesamowite jest, to że ktoś taki jak ty mówi o takich rzeczach, jak pokój i wolność.
-Jeśli chcesz wiedzieć - skręcił na parking przy jakieim małym sklepiku i zaparkował auto w wolnym miejscu. Ze względu na wczesną godzinę parking świecił pustkami. - To prowadzę dwie fundacje charytatywne, jestem przedstawicielem UNICEF i codziennie przekazuję dość dużą sumę pieniędzy dla ofiar trzęsienia ziemi, które było niedawno w Nepalu.
   Odpiął pasy i wyjął kluczyki ze stacyjki.
-Nie wiedziałam, że jesteś takim altruistą - stwierdziła również się odpinając.
- Zostań w aucie, idę kupić nam coś do jedzenia. Wielu jeszcze rzeczy o mnie nie wiesz - zamknął drzwi kierowcy i skierował swoje kroki do sklepu.
- Chciałabym wiedzieć wszystko - szepnęła do siebie Emi patrząc jak Artur znika za ruchomymi drzwiami.

***

 Gdy wszedł do środka ogarnął go chłód klimatyzowanego pomieszczenia.
-Dzień dobry - rzucił w stronę kasjerki, która siedziała za ladą i czytała jakieś czasopismo. Nie czekając na odpowiedź, spytał:
-Gdzie jest toaleta? - dobrze znał każdy zakątek tego sklepu. Należało jednak zachowywać wszelkie pozory przypadkowości miejsca i czasu, w którym się znalazł.
-Tam po lewo - powiedziała młoda dziewczyna wciąz wlepiając wzrok w kolorowe strony magazynu.
  Skierował swoje kroki we wskazanym przez nią kierunku i wszedł do małego pomieszczenia. Odkręcił kurek i chłodną wodą umysł sobie twarz. Zimno ocuciło go trochę i pozwoliło pozbierać rozgorączkowane myśli. Zakręcił wodę i oaprł dłonie o umywalkę, a woda kapała mu z twarzy na koszulkę. Podniósł wzrok i nad swoim prawym ramieniem zobaczył przyczajoną postać, któraza jego plecami opierała się o zamknięte drzwi.
-Gorąco? - spytał mężczyzna nieprzyjemnym głosem przypominającym skrobanie widelca o talerz. 
-Trochę - odparł Artur wycierając twarz przedramieniem. Odwrócił się i stanął z mężczyzną oko w oko.  
   Byli niemal takiego samego wzrostu. Czarny, krótki podkoszulek odsłaniał wytatuowane ręce, złożone na piersi. Masywne, wysportowane i umięśnione ciało zdawało się być twarde jak głaz i prawie niezniszczalne.
-Dzwoniłeś, Makbet - stwierdził mężczyzna.
-Tak...To z panem rozmawiałem dzisiaj, zanim nam....przerwano - odchrząknął znacząco.
-Więc masz dla mnie robotę, tak? 
-Tak, chcę żebyś zklikwidował kogoś już nieużytecznego - wyciągnął przed siebie rękę i spojrzał na srebrny zegarek. - Dwunasta. Pieniądze są już w umówionym miejscu. Umowa stoi? 
- Chwila, cwaniaczku. Muszę zadzwonić - to mówiąc wyciągnął starą Nokię i wybrał wcześniej przygotowany numer. W słuchawce odezwał sie charczący głos, wysłuchając wszystkich instrukcji mężczyzna z  tatuażami kiwnął powoli głową. - Tak, wszystko na miejscu, Makbet. Miło się z tobą robi interesy.
-Wzajemnie - uścisnął jego dłoń. - Mam nadzieję, że rozmawiam z profesjonalistą. 
-Oczywiście, bez żadnych wpadek, wiem.
-Swoją drogą, nieźle się urządziłeś. Przykrywka ze sklepem, niezły pomysł. Co tu jeszcze organizujesz?
-Fałszywe dokumenty, zlecenia, takie jak twoj i transport za granicę - mówił pochyliwszy się w kierunku Artura. - Czasem, mam też pewien m o c n y towar. Jesteś zainteresowany?
-Odezwę się w sprawie dokumentów - stwierdził.
-Okey, co to za ksywa - Makbet?
   Artur uśmiechnał się kwaśno. Każdy, kto nie znał Szekspira był dla niego równy zeru.
-Do usłyszenia - rzucił zatrzaskując za sobą drzwi toalety. Potem podszedł do kasy i kupił kilka słodkich bułek. Nonszalanckimkrokiem wrócił do auta i podał Emi zakupy.
-Ale typy tu chodzą - stwierdziła dziewczyna odpakowując pierwszego pączka. - Widziałam, cały w tatuażach, wyglądał jak jakiś kryminalista.
-Nie oceniaj ludzi po wyglądzie - powiedział Makbet odpalając auto. 

***

   Dom pod Warszawą okazał się zwykłym osiedlowym, rodzinnym budynkiem niczym nie wyróżnającym się od reszty stojących w okolicy. Duża, otwarta na salon kuchnia, dwie łazienki, trzy sypialnie i duże podwórko. Nie był tak udekorowany jak poprzednia willa Artura, ale sprawiał wrażenia przytulnego, co ucieszyło Emi. Zawsze jej tego brakowało, więc wszystkie szczegóły związane z domem, czy rodziną były jej bardzo potrzebne. Rozpakowała wszystkie nowe ubrania w nowym pokoju w nowym domu, nie zapominając, by przy okazji przymierzyć wszystkie ciuchy. Jedno musiała przyznać, jeśli wszystkie rzeczy kupował Artur, miał świetny sportowy gust. Przymierzała właśnie  zieloną koszulę, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Loki zerwał się z podłogi i podbiegł do drzwi piszcząc radośnie. Emi spodziewała się Nata, który przyszedł ją przeprosić, ponieważ od ich niezbyt udanej rozmowy w jadalni, nie odezwał się do niej ani razu.
- Wchodź! - krzyknęła oglądając się w lustrze zamiezczonej na drzwiach dużej drewnianej szafy.
- Chciałem wiedzieć, czy podoba ci się pokój? - głowa Arura pojawiła się w uchylonych drzwiach.
- Ach! - wyrwało jej się. - To ty...Myślałam, że Nataniel wreszczie się opanował. Tak, pokój jest cudny. Zwłaszcza to łóżko - popatrzała na duże łóżko z czterema drewnianymi kolumienkami na rogach.
- Cieszę się - kucnął, by pobawić się ręką ze szczeniaczkiem. - Chyba dobrze zniósł podróż, co? Ma już imię?
- Loki - odpowiedziała poprawiając sobie włosy w lustrze.
- Ten z Avengers? - spytał przerywając zaczepianie psa.
- Z czego?
- A więc nordycki bóg.
- O! Właśnie!
- Nie wiedziałem, że interesują cię legendy.
- Nie interesują. Nat wymyślił to imię.
- Hm...-spoważniał nagle i wstał ignorując domagającego się zabawy Lokiego. - Jestem ci coś winien.
  Obróciła się ze zdziwieniem w oczach.
- Następne spotkanie, nie pamiętasz? Obiecałem ci to, w tedy na plaży.
-A... tak - po plecach przebiegł jej przyjemny dreszcz podniecenia.
-No więc, jeśli nie masz żadnych planów na wieczór, to proponowałbym kolację. Znam świetną restaurację niedaleko - przygryzł śmiesznie wargi.
-Em...nie wiem, czy powinniśmy - była w rozterce, objęła się ramionami. - Nat chyba będzie zły.
-Jasne - wzruszył ramionami, wstał i podszedł do niej. Stanął dokładnie naprzeciwko niej i zajrzał jej głęboko w oczy. - To nic zobowiązującego, tylko kolacja. Jeśli zmienisz zdanie....
   Urwał i pochylił się w jej kierunku. Ciałem Emilii wtrząsnął dziwny dresz, gdy nakrył jej usta swoimi. Poczuła jak jego dłonie obejmują jej twarz. Całował ją bardzo powoli, wolno i z wyczuciem, tak jakby do końca nie był pewny odpowiedzi z jej strony. Poczuła jego zapach - delikatna woń męskich perfum, która do końca odebrała jej zmysły. Odwzajemniła pocałunek, dokładnie w tej samej chwili, gdy on ustąpił. Oparł swoją głowę o jej czoło.
- Prepraszam - szepnął i nim zdążyła go zatrzymać, zerwał się i wybiegł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

***

   Otworzył drzwi ogromnej willi i wszedł do środka. Rozglądał się chwilę, po czym podszedł do pierwszego stolika i podniósł wyglądający na cenny srebny zegarek, który tam leżał. Chowając znalezisko w kieszeni kurtki ruszył przed siebie kierując się do drzwi salonu, a echo jego kroków odbijało się od ścian opuszonego domu. 
   Uchylił drzwi salonu i zajrzał do środka, z poczatku w zaciemnionym pomieszczeniu nie zobaczył niczego interesującego. Dopiero, gdy zauważył kobietę siedzącą w fotelu, koło okna, wszedł do środka pewniejszym krokiem. Światło lampki oświetliło jego wytatuowane ręce. Kobieta ubrana w klasyczny strój pokojówki z ciasno uczesanym kokiem na głowie, nawet nie drgnęła, gdy stanął przed nią. Wyciągnął przed siebie czarny pistolet, a kobieta podniosła wzrok.
- Nie uda mu się. Nie wygra z nią - przemówiła cichym głosem. 
   Wycelował prosto w jej klatkę piersiową.
- Makbet, pozdrawia - i nacisnął spust.





wtorek, 9 czerwca 2015


Rozdział 8 

  -Znów nie możesz spać? - spytał zachrypniętym od snu głosem nawet nie otwierając oczu. Emilia stała w otwarych drzwiach jego pokoju ubrana w błękitną nocną koszule i białe puchate kapcie. Oświeciła światło, oznaczało to tyle co tortura dla zaspanego wciąż Nataniela.
-Dobrze już idę - wychrypiał, ale Emi dla pewności podbiegła do jego łóżka i ustawiła budzik, by zadzwonił za dokładnie pięć minut. Potem wyszła i obejmując się ramionami ruszyła przez ciemny korytarz do swojego pokoju. Wiedziała, że zachowuje się jak dziecko, ale niestety w obecnej sytuacji naprawdę nic więcej zrobić nie mogła.
   Byli w tym domu już trzy dni i wszystkie toczyły się po utartym schemacie. Wysypiali się do późna, rano jedli razem śniadanie. Potem Emilia chodziła do biblioteki, gdzie znajdowała się naprawdę imponująca, jak na jeden dom i jednego właściciela kolekcja książek. Nataniel w tym czasie wolał oglądać telewizję, a raczej w kółko wypożyczać filmy akcji. Relacja między nimi mimo całodziennego rozdzielenia, nie uległa pogorszeniu. Wręcz przeciwnie, razem w obcym im świecie, byli sobie bliscy, jak jeszcze nigdy. Dlatego Emi w każdą bezsenną noc przychodziła do niego, by jej potowarzyszył. Siadał w tedy na specjalnie ustawionym dla niego fotelu i rozmawiali kilka godzin przyciszonymi głosami. W jego obecności czuła się bezpieczniej. 
  Oboje dostali zakaz opuszczania domu. Oczywiście pierwszego dnia Emi i Nataniel zaczęli penetrować ogromny, pięknie zdobiony i luksusowy dom, ale większość drzwi pozostawała zamkniętych. Nie dowiedzieli się też, gdzie właściwie się znajdują. Dom położony był na odludziu. Z większości okien rozciągał się widok na wspaniałe, imponująco malownicze góry. Do swojej dyspozycji mieli pokojówkę, która codziennie rano budziła ich i doglądała przez większość dnia. Co dziwne, nie zauważyli innej służby. Drugiego ranka Emi zapytała wprost kobietę, jak się nazywa. Odpowiedziała:
-Mów mi Madelaine, kochanie.
  Kochanie, to słowo, którego zdecydowanie w stosunku do niej, Emi, nadużywała. Zupełnie jakby swoją cukierkowatością chciała jej osłodzić życie w tym domu. Na szczęście dziewczyna nauczyła się poważnie traktowała przede wszystkim świat w książkach, bohaterowie żyjący na kartkach papieru stali się jej przyjaciółmi, pozwalali jej wyrwać się poza mur, który ją ograniczał. Poza rzeczywistość.
   Teraz, gdy byle jakim gestem otworzyła drzwi swojej sypialni, zauważyła wysokiego czarnowłosego mężczyznę siedzącego w fotelu Nataniela. Od razu wiedziała kim jest ten człowiek. Przez trzy dni spędzone w domu, nie zauważyła jego właściciela. Pytania o niego Madelaine wzruszała ramionami i odpowiadała, krótko: ,,Niedługo wróci''. Wyćwiczona powieściami wyobraźnia Emi podsunęła jej możliwe tożsamości Artura, takie jak szef mafii. To wyjaśniałoby jego długie nieobecności i duży majątek, o którym świadczył chociażby ten dom. 
-Nie możesz spać - to było stwierdzenie, nie pytanie. Głos miał dziwnie kojący, głęboki i czuły. 
  Kiwnęła głową wciąż stojąc w drzwiach onieśmielona jego obecnością. Jego wszechwiedza na jej temat była dla niej czymś najbardziej wstydliwym. Prawda była taka, że on wiedział o niej wszystko, ona natomiast nie posiadała żadnych konkretnych informacji co do niego. Był wręcz nieprzywidywalny, denerwująco tajemniczy, przez większość czasu opanowany i skryty. Nie okazywał większości uczuć, a do tych, które ujrzały światło dzienne, Emi nie była pewna czy były prawdziwe czy stanowiły tylko część doskonale wyćwiczonej przezeń roli.
-Gdzie byłeś? - dziecinne pytanie wyrwało jej się, nim zdążyła się powtrzymać. 
-Wejdź, mam coś dla ciebie - sprytnie zmienił temat.
-Znowu? Czyżby kolejna dobra wiadomość? - próbowała być zjadliwa, sarkastyczna czy zwyczajnie wredna, ale nie potrafiła. To nie była prawdziwa ona. 
-Wejdź - uciął i wstał. Kilka kroków wystraczyło, by znalazł się przy niej. Sięgając ręką ponad jej prawym ramieniem zamknął drzwi. Emi skuliła się w sobie, pierwszy raz była przy nim tak blisko, że poczuła jego perfumy. To był przyjemny zapach, nie musiała znać marki, by ocenić, że cudownie działają na zmysły. Odsunął się na odległość kilku kroków i skinął głową, by się przybliżyła. On podniósł paczkę, która dotychczas znajdowała się na ziemii. Było to duże białe pudło ze wstążką w kolorze jej włosów. Wyciągnął je przed siebie i powiedział:
-Spóźniony prezent urodzinowy - uśmiechnął się. - Trochę bardzo spóźniony.
  Z otwartymi w półuśmiechu ustami zdjęła górną część. W pudełku, wtulony w wyścielany kocyk, słodko śpiący ze zmrużonymi oczkami, leżał szczeniak. Emi wypuściła powietrze z płuc, widok pulchnej, włochatej kuleczki rozczulił ją do tego stopnia, że powtrzymywała się od charakterystycznego dziewczęcego pisku. Zakryła sobie usta rękami, zwróciła oczy ku Arturowi, który, pierwszy raz przy niej, wyszczerzył się w najprawdziwszym uśmiechu, odsłaniając swoje równe białe zęby. 
-Chcę, żeby pomagał ci zasnąć. Weź go, nie ma jeszcze imienia.
  Malutki czarny piesek rozbudził się, gdy Emilia wzięła go na ręce i przytuliła do siebie. Zapiszczał radośnie i drapiąc tępymi jeszcze pazurkami jej ramię, zaczął lizać ją po szyi. Uśmiechnęła się najbardziej promiennie jak tylko mogła. Wiedziała, że to jest prezent przeprosinowy za jego wybuch gniewu, w tedy kiedy pokazał im teczki. Cóż...przeprosiny zostały przyjęte.
-Więc, jutro rano postaram się zjeść z wami - rzucił kładąc pudełko znów na podłodze. - Potem musicie się spakować, wyjeżdżamy. 
  Jego ręka zaczęła gładzić bezimienneogo czeniaczka po delikatnym futerku. Emi poczuła, że jego palce kilka razy musnęły także jej skórę. 
-Gdzie? 
-Już mówiłem. Niedaleko Warszawy. Tam będziesz chodzić do szkoły i wjaśnię wam cały plan. 
-To trochę ryzykowne, nie sądzisz? 
-Wszystkie decyzje, które podejmujemy niosą za sobą ryzyko. 
  Nie wiedziała co ma odpowiedzieć, czyżby jego wypowiedź miała ukryty sens?
-Chyba powinieniem już iść - uśmiechnął się przelotnie po raz ostatni, po czym odwrócił się i skierował swoje długie, ale pełne gracji kroki ku drzwiom. Odwrócił się tylko jeszcze raz i patrząc prosto w zielone oczy Emili szepnął:
-Miłych snów.
-Wielu szczęśliwcyh powrotów - Emi sama nie wiedziała, czemu użyła pożegnania, które przeczytała niedawno w książce. 
  Kąciki jego ust zadrżały, jakby próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł zostawiając po sobie jedynie uśmiechniętą Emi i układającego się do drzemki pieska. Dwa realne dowody, że był tam naprawdę, że nie był snem.

***

   Rano Emi zeszła jak zawsze do jadalni i czekała na Nataniela, przepełniona świeżą nadzieją, że przy śniadaniu zobaczy również Artura. CJej młody przyjaciel z pokoju obok pojawił się niedługo po niej i zobaczywszy małego pieska, którego Emi trzymała w ramionach najpierw się zdziwił, potem zezłościł, a na końcu zobojętniał. I dopiero z biegiem czasu Emi zrozumiała, że były to etapy zazdrości. 
-Zastanawiałam się, jakie dać mu imię.
-Loki - rzucił grzebiąc widelcem w swojej jajecznicy. 
-Co? Chcesz nazwać psa jak fryzurę? 
-Nie jak fryzurę. Loki to imię nordyckiego boga psot i kłamstwa. 
-Czy to jakaś aluzja? - zmarszczyła brwi. 
-Nie skąd - mruknął, ale tego ranka nie wziął do ust ani kęsa.
  Siedzieli więc w milczeniu. Emi zajęta karmieniem małego szczeniaczka. Nataniel zabłąkany we własnych rozmyślaniach. W końcu dziewczyna przerwała tę ciszę. 
-Artur kazał się nam spakować. Wyjeżdżamy dzisiaj wieczorem do drugiego domu. Artur mówi, że tam się wszystkiego dowiemy.
-Yhm...- niewyraźne mruknięcie ze strony Nata bardzo rozzłościło Emi.
-Dobra! Jak chcesz! - fuknęła i wstała prawie przewracając swoje krzesło. Zamierzała wyjść.
-Loki...-usłyszała nieśmiały głos przyjaciela. - Był też bogiem, którybył najbardziej przychylny ludziom.
   Po tych słowach wyszła zostawiając Nata sam na sam z jego gburowatością. Jej puchate chapcie nie wydawały żadnych odgłosów, gdy szła przez parter wyłożony lśniącymi płytkami. Złość buzowała w niej, wypełniając każdy zakątek jej ciała furią. Zatrzymała się, gdy usłyszała czyjś głos i przez chwilę wydawało jej się, że ten głos wypowiadał jej imię. Rozejrzała się, ale była sama, nie licząc śliniącej się kulki sierści, kłów i pazurów, którą trzymała na rękach.
- Nie - głos był wyraźnie zły. Słowa były jadowite i przeszywające do szpiku kości. - Jak to w przyszłym tygodniu? To niemożliwe, nie zdążę.
   Zajrzała do uchylonych drzwi, które wcześniej cały czas pozostawały zamknięte. Zobaczyła Artura stojącego w małym pomieszczeniu, wystrojem przypominającym szary gabinet w biurowcu. Przy uchu trzymał telefon, rozmawiał z kimś.
-Nie mam czasu, rozumiesz? - wycyszał Artur stojąc tyłem do drzwi. Westchnął i wolną ręką zagarnął i tak idealnie gładkie czarne włosy. - Dobrze, w ten weekend. Akcja ma być szybka, rozumiesz? Nie chcę wpadek. Żadnych wpadek. Nikt ma niczego nie podejrzewać.
   Obrócił się tak gwałtownie, że Emi nie zdążyła zareagować zajęta słuchaniem rozmowy. Dziewczyna zobaczyła na jego twarzy zaskoczenie. Dziwny groźny błysk w oku, który jednak znikł tak szybko, jak się pojawił.
-Muszę kończyć - rzucił do słuchawki i nie czekając na odpowiedź rozłączył się.
  Emilia mocniej ścisnęła szczeniaczka, jakby to on miał ją obronić przed zbliżającą się burzą. Widziała tylko raz po raz zaciskane pięści Artura, jego twarz natomiast pozostawała niewzruszona.
-Ubieraj się, wyjeżdżamy za godzinę - rzucił szybko i po prostu wyszedł mijając ją w drzwiach.
  Wypuściła piękące ją powietrze z płuc. Odwróciła się, ale mężczyzna znikł. Zamierzała ruszyć swobodnym krokiem do swojeo pokoju i wypełnić jego polecenie. Była pewna, że Artur załatwiał jakieś sprawy związane z ich napadem, ale czy to znaczy, że będą musieli zrobić to w przyszłym tygodniu? Przełknęła z trudem ślinę, w jej żołądku pojawił się kamień zwiastujący stres i ogromne zdenerwowanie. Byli przyparci do muru, nie mieli wyboru, czy do tego chcieli dojść?
-Nigdy więcej tego nie rób - usłyszała cierpki, pełen goryczy głos. Zobaczyła, że przed nią stoi Madelaine, patrzy na nią z wyższością, jak zwykle ubrana w swój fartuch i uczesana w ciasno spięty kok. Jej przyjacielski, czaem niemal matczyny ton, znikł gdzieś bez śladu. -Nigdy, rozumiesz?
-Dlaczego? - zdążyła wydukać.
-Dragan jest nieprzewidywalny, rozumiesz? Jest opanowany, ale tylko powierzchownie. Determinacja zrobiła z niego szaleńca. Rozpacz przyćmiewa mu umysł. Nie zrobi ci krzywdy, już dawno mógł to zrobić, ale nie drażnij go. Bądź posłuszna, wypełniaj wszystkie jego polecenia i nigdy się mu nie sprzeciwiaj. To gra, poważna gra, która toczy się o najcenniejszą stawkę - życie. W tym także twoje. Jeśli będzie taka potrzeba, on cię zabije i powieka mu nie drgnie. Musisz go przechytrzyć, ale nie w otwartej rozgrywce. Musisz walczyć, bądź dzielna, bo więcej się nie spotkamy. Pamiętaj jedno: Każdy złoczyńca jest bohaterem w swoim własnym umyśle.
  Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Rozmyśliła się jednak i pogładziła Emi po twarzy. Potem odeszła zostawiając o wiele za dużo luźnych końców - niwyjaśnionych spraw i pytań bez odpowiedzi.




niedziela, 7 czerwca 2015

Uwaga! Uwaga!
Ogłaszam konkurs!
Konkurs polega na wymyśleniu nowej tożsamości Emi, którą będzie mogła używać w szkole.
Mają być zawarte takie informacje:
-Imię
-Nazwisko
-Data narodzin
-Historia (czemu zaczęła chodzić do tej szkoły, co się działo z nią wcześniej, czemu mieszka z dwoma facetami - hm....jak to brzmi ^^)
Zachęcam do ćwieczenia wyobraźni!!! :D
Opowiadania można wysyłać na ten adres:
niepowtarzalnytom@gmail.com
oraz zamieszczać w komentarzach.
Liczę na niezłe historie i waszą aktywność!  
 
 

sobota, 6 czerwca 2015


Rozdział 7

    Teraz chciałą umrzeć. Naprawdę. Chciała, by powietrze wokół niej okazało się trucizną. Nagle niebyt wydawał się rozkoszą, wiele dałaby, żeby zniknąć. Jej drżąca dłoń sama wyskoczyła do przodu, pchana jakąś niewyjaśnioną siłą - ciekawością. Słowa wypowiedziane - wykrzyczane przez Artura ciągle dźwięczały jej w uszach. Nikt.  Czy kiedykolwiek była kimś więcej? Otworzyła teczkę, pierwsza strona przedstawiała jej dane. Nawet ich nie czytała, mało obchodziła ją przeszłość. Nie była niczym więcej jak wspomnieniami, które należało zapomnieć. Zobaczyła jednak coś, co na chwilę sprawiło, że świat się zatrzymał. Drukowane, czarne i kłujące w oczy litery układały się w słowa: Ojciec, a zaraz potem Nieznany. Więc nigdy się tego nie dowie. 
   Po chwili zauważyła, że wstrzymuje oddech. Przełknęła głośno ślinę i nagle przestało chcieć jej się czytać kilku następnych stron. Zabawne było to, że jej życie, jak zwykły scenariusz kiepskiego filmu, można było przelać na papier. Setki emocji stały się atramentem, dla niej było to niemożliwe. 
   Rzuciła wciąż otwartą teczkę na stół. Wściekłość pulsowała w niej, mieszała się jednak z czymś dobrze jej znanym. Ze strachem. Skąd Artur wiedział to wszytsko, o niej i Natanielu? Nataniel.. Obróciła się i zobaczyła, że chłopak szybko odwrócił wzrok, przyglądał jej się. Zauważyła, że on także nie ma ochoty czytać zawartości białej teczki. Oboje czuli, że skutkowałoby powstaniem wielu pytań bez odpowiedzi, tak zwanych luźnych końców.
-Naprawdę kogoś zabiłeś? - słowa wystrzeliły z niej, nim zdążyła je powstrzymać.
 Pokręcił głową.
-Byłem tam, ale tego nie zrobiłem. Niestety poprawczak niezbyt mi odpowiadał, więc uciekłem z domu, gdy koledzy wrobili mnie w morderstwo. Potem robiłem rzeczy, z których nie jestem dziś dumny.
  Nie chciała pytać o nic więcej. On nie był w ogóle zainteresowany jej życiem, więc chciała się odwdzięczyć. Zamiast tego spytała:
-Bierzemy udział w jego gierce?
  Uśmiechnął się cierpko.
-Dobrze to ujęłaś...gra....A my jesteśmy ledwie pionkami. Musimy najpierw rozpoznać się w planszy. Więc tak, nie mamy wyboru. 
-Tak....-pokiwała głową. - Kim on jest?
  Doczekała się jedynie wzruszenia ramionami. Wstała i nie oglądając się za siebie, otworzyła drzwi i zamierzała udać się do Artura, i potwierdzić jego propozycję.

***

-Jak ci poszło? - spytała kobieta w stroju pokojówki siedząc w salonie i wpatrując się w górski krajobraz za oknem. - Twoje krzyki było słychać, aż tutaj.
  Dociekała się jedynie krzywego uśmiechu.
-Ludziom do działania potrzebny jest mocny impuls. To musiał być wstrząs - odpowiedział mężczyzna opierając się o framugę drzwi.
-Wstrząs, powiadasz? - nie zaszczyciła go spojrzeniem. - Wolisz, żeby się ciebie bali? Mają ci zaufać.
-Wolę, żeby się bali. Zaufanie to uczucie zmienne. Tak samo jak przekonania. Wolę, żeby słuchali się mnie ze strachu, on jest niezmienny. 
-Jesteś taki przenikliwy w stosunku do wszystkich - wstała i podeszła do mężczyzny. Popatrzała mu prosto w szmaragdowe oczy i dłonią poprawiła czarne włosy. - Tylko nie dla samego siebie.
-Nie dotykaj mnie - rzucił odpychając jej rękę. 
-Dragan....
-Nie mów tak do mnie! - warknął. 
-Twój ojciec...
-ON NIE JEST MOIM OCJEM! - krzyknął. Kobieta nawet nie mrugnęła, widać była przyzwyczajona do nagłych wybuchów złości.
-Nie wyprzesz się samego siebie, chłopcze - powiedziała cicho. 
  Odwrócił się do niej plecami i poprawił kamizelkę. Przegładził włosy w tył i czekał w krępującej ciszy. Czuł, że musi coś powiedzieć, ale tego nie zrobił. Usłyszał trzask drzwi. Najpierw pomyślał, że to kobieta wyszła. Odwrócił się dopiero, gdy usłyszał głos:
-Zgadzamy się - Emi bardzo starała się, żeby jej głos brzmiał na spokojny i opanowany, ale taki nie był. 
    Skinął lekko głową. 
-Muszę ci jeszcze coś pokazać, chodź za mną - zauważył falę przerażenia, która omiotła twarz dziewczyny i uśmiechnął się. Kochał być dyktatorem.
    Podszedł do niej i otworzył jej szarmancko drzwi. Nie zdążył jednak wyjść za nią, bo poczuł uścisk na ramieniu.
-To nie zwróci jej życia - szepnęła kobieta, tak żeby Emi nie usłyszała.
-A im nie zabierze - wysyczał Artur.
-Na pewno? 
  Nie odpowiedział, tylko wyszedł zbyt gwałtownie zamykając drzwi.
-Skąd to wszystko wiesz? I od jak dawna nas śledzisz? - Emila nie szczędziła mu srogich spojrzeń.
-Cóż jesteście dość znani....w naszym środowisku - mruknął i ruszył schodami na górę, dając jednocześnie znak, żeby dziewczyna ruszyła za nim.
-Kim jesteś? - spytała zimno próbując go dogonić.
-Już ci się przedstawiałem, nie pamiętasz? 
-Kim NAPRAWDĘ jesteś? - nie dawała za wygraną.
-A czy ty wiesz, kim naprawdę jesteś? - zatrzymał się i spojrzał na nią z góry. Była od niego niższa o głowę. Swoje kroki, tym razem w ciszy, skierował znów do jej pokoju. Gdy otworzył drzwi i wpuścił Emi przedem, dziewczyna zauważyła widoczną zamianę. Choć wcześciej tego nie widziała, na pewno ich tam nie było,  na jej łóżku leżała sterta książek. Zapach nowego druku wypełnił jej pokój. 
-To są książki i zeszyty do szkoły. Wszystkie przybory i plecak. W garderobie masz ubrania. Rok szkolny zaczyna się za tydzień. Do tego czasu przeniesiemy się do mojego domu niedaleko Warszawy.
-Żartujesz sobie? - srpóbowała parodiować jego kpiący uśmiech, ale po minie Artura zrozumiała, że niezbyt jej się to udało. - Ja nie chodzę do szkoły.
-Żartujesz sobie? - przedrzeźnił ją.
-Jestem pełnoletnia - złożyła ręce, przyjmując pozycję zamkniętą.
-Żartujesz sobie - powtórzył. - Masz piętnaście lat, mnie nie oszukasz. 
  Spojrzała na niego spod łba. Wiedział o niej wszystko, zrozumiała teraz co oznaczał jego wzrok w tedy, gdy pierwszy raz go zobaczyła. 
-Mam chodzić do szkoły? - spytała z niedowierzaniem.
-Taki jest warunek - powiedział. W najbliższym czasie nauczę cię p r a w d z i w e j zmyślonej tożsamości.
-Ale skoro mamy przeprowadzić jakąś akcję, która zapewna nie jest zgodna z prawem...
-Bystra jesteś - przerwał jej.
-To czy nie powinniśmy się ukrywać?
-Nie martw się, jeśli będziesz się mnie słuchać, jak grzeczna dziewczynka - pogładził jej włosy, ale ona brutalnie odtrąciła jego rękę. - To wszystko pójdzie zgodnie z planem.
-Co i kiedy zamierzasz robić?
-Wiesz, kiedy przypada październik? Wiesz co to mennica państwowa? 
-Chcesz okraść....
-Tak - znów jej przerwał.
-Dzielimy się pięćdziesiąt na pięćdziesiąt? - zmieniłą nagle temat, chciała wyjść na twardego gracza - profesjonalistę.
-Znaczy twoje 25 %, czy nie tak? 
-Może być - podeszła do książek i udawała, że przypatruje się tej leżącej na wierzchu. Tak naprawdę jej myśli były zupełnie, gdzie indziej. 
-Znałeś go? - spytała, wierząc, że nie ma nic do stracenia.
-Kogo? 
-Mojego ojca.
  Cisza.
  Usłyszała tylko trzaśnięcie zamykanych drzwi.

piątek, 5 czerwca 2015


Rozdział 6

   Najpierw poczuła własne ciepło. Delikatny prąd, który przebiegł po ciele uświadomił jej, że nie umarła, choć tak jej się zdawało. Później powrócił dotyk. Nerwy w jej skórze przeniosły wiadmość do mózgu, który z ociąganiem stwierdził, że Emi czuje pod sobą niezwykle delikatną tkaninę. Zmęczone mięśnie zareagowały na jej polecenie i dziewczyna z trudem otworzyła oczy.
  Na początku myślała, że to sen. Złudna iluzja, która za chwilę rozpłynie się w szarej rzeczywistości. Mimo uporczywych mrugnięć nic się nie zmieniło. Sen stał się jej rzeczywisością. 
  Zobaczyła biały balddachim. Zwiewny materiał falował poruszany ciepłymi podmuchami wiatru wydobywającymi się z szeroko otwartych, dużych okien zajmującyh całą ścianę. 
  Zaczęła wpatrywać się jak zahipnotyzowana w ten ruch, jakby tylko on trzymał ją przy świadomości. W jej głowie pojawiła się dziwna pustka, którą gorączkowo próbowała wypełnić. Wiedziała, że stało się coś bardzo ważnego, coś co musiała pamiętać. Zamknęła piekące oczy i próbowała się skupić, zaciskając pięści na materiale, który wcześnej poczuła. Zorientowała się, że leży w dużym łóżku, w zupełnie innym ubraniu. Miała na sobie krótką nocną koszulę koloru nieba. Przypomniała sobie, była z Natanielem nad morzem. Potem w czyimś mieszkaniu i ona, Emi, straciła przytomność. Nat chyba też, nie była pewna. Ale włąściwie co tam robili? 
  Wciągnęła ze świstem powietrze, gdy przypomniała sobie o Arturze. To jego mieli okraść, ale coś się stało. Nie udało im się. Czyżby on w cale nie wyjechał? Czy to on ich ogłuszył? I napis na kartce. ON wie, że skłamałaś. On, czyli Nataniel, tak myślała. Ale to wszystko nadal nie trzymało się kupy. Kim był tajemniczy mężczyzna, który tak ich nabrał? Emi zrozumiała paradoks tej sytuacji. Ktoś oczukał oszustów. 
   Zmusiła sflaczałe mięśnie, żeby się jej podporządkowały i podniosła się pozycji wpółsiedzącej. Omiotła pokój wzrokiem, z każdą sekundą coraz mniej wierząc w to co widzi. Znajdowala się w luksusowym apartamencie. Na przeciwko łóżka zobaczyła drzwi, zapewne od garderoby. W pokoju było jeszcze jedno wejście. Jeszcze dziwniejsze było to, że niedaleko nich stała kobieta, która właśnie chowała komórkę, którą pewnie jeszcze przed chwilą używała, do przedniej kieszeni jej fartuszka pokojówki. Spojrzała czarnymi jak węgiel oczami na dziewczynę i uśmiechnęła się ciepło. 
-Gdzie jestem? - Emilia usłyszała własny glos, nie zdając sobie sprawy, że wypowiada te słowa.
-Pan Artur niedługo wróci i wszystko ci wyjaśni - jej miękki i rozczulający głos podzałał jak balsam na skołatane serce Emi.
-Gdzie Nataniel? - nagle przypomniała sobie o swoim towarzyszu.
-Twój znajomy jest w drugim pokoju. Jeśli chcesz zaprowadze cię do niego.
-Niech on przyjdzie tutaj - powiedziała stanowczo, nie czuła się na siłach, żeby wstać z łóżka, a pozatym, choć kobieta wydawała się miła, nie zamierzała jej zaufać. 
-Oczywiście Emilio - kobieta odwróciła się, ale dzeiwczyna krzyknęła do niej:
-Skąd znasz moje imię?!
-Tutaj wszyscy je znamy. Jesteś w domu - wytłumaczyła cierpliwie kobieta i wyszła z pokoju zostawiając coraz bardziej zdezorientowaną Emili.
   Skuliła się, podciągając kolana pod brodę, myślała gorączkowo nad słowami pokojówki. To przecież niemożliwe. Mocniejszy podmuch wiatru potargał jej rozpuszczone włosy. Wstała z łóżka, a jej głowę przeszyła ogromna fala bólu. Na chwiejnych nogach, przytrzymując się ściany, krok za krokiem dotarła do okna. Zobaczyła krajobraz, który zaparł jej dech w piersi. Przed nią rozciągały się g ó r y. Nie umiała ocenić, czy nadal znajdują się w kraju, czy też nie. Z ciężkim natłokiem myśli usiadła na podłodze. Odetchnęła kilka razy, żeby się uspokoić, ale to nie pomagało. Łzy po prostu cisnęły się jej do oczu. Roztrzęsiona tysiącami emocji, sama nie wiedząc kiedy, zasnęła. 
   Obudził ją dźwięk otwieranych drzwi. Zerwała się na nogi, zawroty głowy powtórzyły się i przez chwilę widziała tylko rozmazane plamy wirującego pokoju. Gdy karuzela w końcu się zatrzymała, nie zobaczyła tego, któego się spodziewała.
   W otwartych drzwiach stał Artur, trzymający w jednej ręce płaszcz uśmiechnąjąc się kpiąco.
-Podoba mi się twoja nowa stylizacja - przemówił zjadliwym głosem.
  Emi wystarczyło jedno spojrzenie na swój strój, by wiedzieć o co mu chodzi. Jej koszula nocna, była prawie przeźroczysta, a na długość daleko jej było do kolan. Poczuła niesamowitą wściekłość, adrenalina krążąca w żyłach dodała jej odwagi. Emi podbiegła do Artura, wzięła duży zamach i otwartą prawą dłonią uderzyła go prosto w jego roześmianą mordę. Jego głowa odskoczyła do tyłu jak na sprężynie, pół ciała wygięło się w dziwny kąt. Emilia nie poczuła nawet wyrzutów sumienia, gdy mężczyzna potarł lewą dłonią usta i zobaczył tam krew. Zapewne przypadkowo przygryzł sobie wargi. Powoli podniósł się, a jego twarz nie wyrażała niczego. Nie było na niej złości, pogardy ani nawet zawiści. Śmiertelnie obojętny jeszcze bardziej przestraszył Emi. Wolałaby, gdyby krzyczał, a nie w absolutnej ciszy przyglądał się jej niewidzącym wzrokiem.
-Jeśli chcesz się dowiedzieć dlaczego tu jesteś, zapraszam na dół. Przebierz się i zejdź do nas - dziewczyna widziała jego zaczerwieniony policzek i krwawiącą wargę. Odwrócił się na pięcie zaciskając raz po raz pięści i zatrzaskując jej drzwi przed nosem.
   Zastanawiała się, czy jego propozycja nie jest kolejną pułapką. W końcu doszła do wniosku, że i tak jest w jego łasce. Ma nad nią przewagę i to nie małą, to on rozdaje karty, a żeby go pokonać, Emi musi znaleźć swoje asy, które, zapewne podczas snu, wypadły jej z rękawa. Z wahaniem podeszła do drugich drzwi i zobaczyła mały pokoik wypełniony wiszącymi na wieszakach, wyprasowanymi i pachnącymi ubraniami. Jej kobiecy pierwiastek oszalał widząc tyle rzeczy w jednym miejscu i tylko dla niej. Powstrzymując się, żeby nie zacząć przymierzać wszystkiego po kolei, wybrała pierwsze z brzegu spodnie i krótki T-shirt. Założyła tenisówki i związała włosy. Zaskakujące i przerażające było to, że wszystkie ubrania i buty były w jej rozmarze. Przypomniała sobie słowa pokojówki Jesteś w domu. To nie było dla niej noramlne, mniej więcej dlatego, że prawidziwego domu nigdy nie miała. Przepełniona niepewnością wymieszaną z paniką wyszła na zewnątrz. Zobaczyła tam tę samą kobietę, która była przy niej przy przebudzeniu.
-Chodź ze mną, kochanie - na te słowa Emilii nogi wrosły w ziemię, jeszcze nigdy nikt tak się do niej nie zwracał.
- No chodź, bo pan się zniecierpliwi - ponagliła ją pokojówka delikatnie dotykając jej ramienia. Emi wzdrygnęła się na ten dotyk, który był wręcz nieznośnie delikatny i czuły. Tak jakby w rzeczywistości wróciła do domu. W milczeniu ruszyła za kobietą, najpier pokonując długi i wysoki korytarz ozdobiony masą zabytkowych obrazów i rzeźb. Zupełnie jak w muzeum.
-Kim jest pan? - spytała Emi, gdy schodziły po marmurowych schodach, widocznie dotychczas były na piętrze.
-Jak to? Przecież się znacie. Był u ciebie - wzrok kobiety wyraźnie wskazywał, że dziewczyna powiedziała coś nie na miejscu.
   Emi wolała nie odpowiedzieć. Cisza była bezpieczniejsza, słowa w tym domu były niczym zapalniczka podpalająca ląd, a Emilia dobrze wiedziała, że ten jest akurat wyjątkowo krótki.
   Pokojówka zaprowadziła ją do małego, ciasnego pomieszczenia, sama zostając na zewnątrz, a to w cale nie sprawiło, że dziewczyna poczuła się lepiej. Gdy za Emi zatrzasnęły się drzwi, poczuła jak jej odsłonięte ręce oplata chłód. W pokoju nie było nic poza dwoma krzesłami i stołem, za którym stał niewzruszony Artur, zakładając ręce za plecy. Na jednym z krzesełek siedział nisko pochylony nad blatem Nat. Emili podbiegła do niego szczęśliwa, że w tym obcym i zimnym miesjcu, jest ktoś rzeczywisty i dobrze znany.
-Siadaj! - syknął Artur, a Nat podniósł głowę. Emili wciągnęła ze świstem powietrze, gdy zobaczyła jego czerwone, podpuchnięte oczy. Mimo swojego strasznego wyglądu, próbował się uśmiechnąć i właśnie ten uśmiech podniósł Emilię na duchu. Usiadła obok niego obdarzając Artura najbardziej zawistnym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Cała scena wydawała jej się dziwnie znajoma, skojarzyła ją z przesłuchiwaniami na policji. Przypomniała sobie trick z dobrym i złym policjantem i zastanawiała sie jakim okaże się być Artur. Ale nie dała mu zacząć się nad nimi pastwić.
- Czemu nas tu więzisz ? - warknęła.
  Spojrzał na nią ze zdziwieniem, sama nie umiała określić, czy jest udawane, czy nie.
-Nie jesteście więźniami - oświadczył. - Jesteście tutaj, bo chciałbym zacząć z wami współpracować.
- Niestety, chyba słyszałeś, że troje ludzi to już tłok? Tak, radzimy sobie sami - odparowała Emi.
-Naprawdę? - uniósł brwi.
-To ty nas w tedy ogłuszyłeś? - do rozmowy włączył się Nat.
-Rozpylony chlorometan - Artur wzruszył ramionami. - Muszę powiedzieć, że byliście niesłychanie prości w obsłudze. Wystarczyło wam zaświecić zegarkiem przed nosem i podsunąć fałszywy trop, a już lecicie jak ćmy do światła.
-Więc - Emi nie mogła uwierzyć. - Ty to wszystko zaplanowałeś?
-Wszystko. Ale dziękuję też tobie, bez ciebie nie udało by mi się - pogardliwy uśmieszek przebiegł po jego twarzy. Dziewczyna przypomniała sobie jego miły i uprzejmy charakter nad morzem. Jesli myślała, że Nataniel jest dobrym aktorem, to przy Arturze wypadał na amatora.
- Dlaczego? - spytał chłopak równie zaskoczony jak Emi.
-Tak jak już mówiłem, chcę z wami współpracować. Mam pewien poważny plan, do którego będą mi potrzebni tak zdolni złodzieje, jak wy.
-Mówiłam ci, że nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego! - krzyknęła Emilia zrywając się z miejsca z taką gwałtownością, że jej krzesło odleciało w tył.
   Popatrzał na nią zimno. To był naprawdę dziwny wzrok. Przebiegły i chytry, a zarazem wyjątkowy. Był jednym z tych spojrzeń, które widzi się tylko kilka razy w życiu.
-Więc Emilio, chyba nie wiesz bardzo ważnej rzeczy - wycedził opierająć się na stole. Ich twarze znalazły się dokładnie na przeciwko. - Policja wiele dałaby, żeby mieć informacje o waszym pobycie, lub co więcej złapać was. Jesteście ścigani listem gończym. Wiem o was więcej, niż wy sami. Porzucone na ulicy niemowlę. Pożar w szpitalu, zaginione dokumenty. Nie wiedzieli nawet jak masz na imię. Ciężko musiało się żyć ze świadomością, żę jest się nikim prawda Emilio? Dociekałaś prawdy i co? Wreszcie ją znalazłaś. Ile lat miała twoja matka, gdy ci urodziała? Piętnaście, szesnaście? Widziałaś ją, prawda? Ułożyła sobie nowe życie, zapomniała o tobie. Cudowne jest uczucie, że własna matka porzuciła cię i zostawiła na śmierć? Wiem o was wszystko - mówiąc to rzucił na stół dwie białe teczki. - Tutaj jest całe wasze życie. Nie wiecie połowy z  tego, co ja wiem - postukał wskazującym palcem w blat. Jego oczy płonęły szaleństwem. - Nataniel? To nie jest twoje prawdziwe imię, prawda? Chcesz, żeby twoja przyjaciółka dowiedziała się kogo masz na sumieniu? Chcesz tego? - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Niech dowie się, że naćpany piętnastolatek zamordował dwie osoby. Zawsze byłeś zwykłym przestępcą. Nikim. Daję wam dzień. Zdecydujcie sami, czy się do mnie przyłączacie - mówiąc to wyszedł trzaskając ciężkimi drzwiami.